sobota, 1 lipca 2017

Rozdział trzydziesty pierwszy: "Zabójczo piękne lilie"

31. Zabójczo piękne lilie


Lily was my everything
But lilies weren’t her friends
I gave a lily to Lily
Because that means “the end”

***

Było już kilkanaście minut po północy, a więc właśnie kończyła się kolejna leniwa sobota, aby ustąpić miejsca zapracowanej i zdecydowanie zbyt krótkiej niedzieli. Peter skrzywił się na samą myśl o tym, ile zadań domowych na niego czekało. Żałował, że zmarnował cały poprzedni dzień na odpoczynek od nauki, ponieważ mógł wszystko rozłożyć w czasie, a teraz było już na to za późno. Westchnął ciężko, wyobrażając sobie stosy książek i pergaminów, ale po chwili potrząsnął głową, żeby odrzucić te obrazy sprzed oczu. Doszedł do wniosku, że skoro jeszcze nie poszedł spać, mógł myśleć, że nadal była sobota, która w jego przypadku oznaczała bezstresowe leżenie na kanapie, dlatego też w tej chwili zamierzał właśnie tym się zająć.
Pokój wspólny Gryfonów, o dziwo, opustoszał prawie całkowicie jakieś pół godziny temu, co w weekendy zdarzało się naprawdę rzadko. Chłopak w zasięgu wzroku miał zaledwie sześć osób, które nie wybrały się jeszcze do swoich dormitoriów. Dwie z nich drzemały w fotelach, a trzy pozostałe pochylały się nad stolikami, kończąc lub zaczynając eseje i rozmawiając o czymś szeptem. Swoją drogą, bardzo ciekawe było to, że słyszane głosy obniżały się proporcjonalnie do kolejnych uczniów znikających na schodach do sypialni. Peterowi nigdy nie udało się jednak ustalić, przy jakiej liczbie osób w pokoju wspólnym zapadała niemal idealna cisza, ponieważ zależało to od tylu różnych zmiennych, że już dawno dał sobie z tym spokój.
W tym momencie patrzył na ostatnią z siedmiu wytrwałych, która była zarazem dla niego najważniejszą. Trzymała głowę na jego udach i przymykała powieki, oddychając miarowo. Nie odzywała się od dłuższego czasu, dlatego stwierdził, że musiała zasnąć. Uśmiechnął się lekko, po czym bezwiednie zawinął kosmyk jej włosów wokół swojego palca, na co nigdy mu nie pozwalała. Nadal nie wierzył w to, że była tak blisko i że mógł do woli się w nią wpatrywać. Pewnie gdyby miała otwarte oczy, speszony uciekałby wzrokiem na boki, chociaż Gabie robiła wszystko, aby pomóc mu się ośmielić. Szczerze mówiąc, przynosiło to coraz lepsze efekty, ponieważ Peter starał się zachowywać normalnie, ale i tak zdarzało się, że plątał mu się język albo jego twarz przybierała buraczkowy odcień, kiedy łapał dziewczynę za rękę. Teraz przygotowywał się wewnętrznie do następnego kroku, czyli pocałunku, o którym bez przerwy marzył, ale jak dotąd nie miał odwagi, aby go zainicjować. Zawsze wydawało mu się, że ta okazja sama pojawi się na horyzoncie i będzie wiedział, co powinien robić, jednak ostatnio coraz częściej obawiał się, że przegapi odpowiedni moment, a Gabriele zerwie z nim, zanim w ogóle zdąży się przekonać, jak smakują jej usta. Ta nieprzyjemna myśl skutecznie popychała go do działania, podszeptując mu dodatkowo, że jeśli wystarczająco szybko nie pocałuje dziewczyny, ona jeszcze prędzej go zostawi.
Przełknął ślinę ze zdenerwowaniem i wyplątał palec z jej włosów, aby przyłożyć go do jej zaczerwienionego policzka. Uniósł brwi, kiedy zauważył, że miała gorączkę. Co prawda, mówiła mu wcześniej, że źle się czuła, ale wydawało mu się, że chodziło wtedy o zmęczenie. Przyjrzał się uważniej jej twarzy i dostrzegł kropelki potu na bladym czole dziewczyny. Nie wiedział, czy powinien ją obudzić, czy dać jej spokojnie pospać, jednak na szczęście rozwiązała ten problem za niego, jęcząc cicho i mrugając powoli powiekami.
– Gabriele? – zapytał ostrożnie, kiedy otworzyła oczy i przycisnęła dłoń do skroni. – Dobrze się czujesz?
Nie zdążył nawet załamać się nad tym, jak głupio zabrzmiały jego słowa, bo Gabie pokręciła gwałtownie głową, próbując podnieść się do pozycji siedzącej. Chłopak przytrzymał ją jednak za ramiona i wstał z kanapy, a potem podłożył poduszkę pod jej kark w miejsce, gdzie przed chwilą znajdowały się jego nogi.
– Połóż się. Masz gorączkę – poinformował ją, zanim zdążył ugryźć się w język. – Okej, sama na pewno wiesz, że masz gorączkę... – dodał nerwowo, rozglądając się dookoła. – Ja... Może... Pójdę do pielęgniarki i przyniosę ci coś na przeziębienie.
Był tak dumny z tego pomysłu, że niewiele brakowało, a sam by sobie pogratulował. Gabriele tymczasem uniosła się na łokciach i spojrzała na niego niepewnie.
– Daj spokój, Pete. Nic mi nie jest – powiedziała, chociaż głos miała lekko zachrypnięty. – Pewnie przewiało mnie, kiedy siedziałam na parapecie z Syriuszem. Do rana mi przejdzie...
Peter nie zwrócił jednak uwagi na jej słowa, zbyt zaabsorbowany tym, że mógł się jej do czegoś przydać. Poinformował ją szybko, że idzie do dormitorium, aby pożyczyć od Jamesa pelerynę-niewidkę, a Gabie nawet nie zdążyła zaprotestować, więc ruszył w stronę schodów i z niemałym trudem wdrapał się po siedmiu kondygnacjach na właściwe piętro.
Kiedy wszedł do sypialni, okazało się, że żaden z jego współlokatorów jeszcze nie spał – Remus rozmawiał o czymś z Syriuszem, a z łazienki dobiegał dźwięk prysznica lub wody z kranu, pomieszany z radosnym nuceniem Jamesa.
– Sko’czy’eś ju’ rom’nse? – zapytał ze śmiechem Black, jednocześnie odgryzając kawałek jakiegoś długiego żelka, co nieco zniekształciło jego wypowiedź. – Ładnie to tak wracać w środku nocy?
Peter powoli zatrzasnął za sobą drzwi, zastanawiając się w międzyczasie nad jakąś ambitną i zabawną odpowiedzią, ale nic nie przychodziło mu do głowy.
– Wiesz, że nie powinno się jeść o tej porze? – odparł w końcu z lekkim zmieszaniem, podchodząc do łóżka Jamesa i rozglądając się za peleryną. – Po prostu mi zazdrościsz – dodał po chwili żartobliwie, kiedy odpowiednie słowa z opóźnieniem zaświtały w jego umyśle.
Przerzucił na bok czyjeś spodnie, napawając się brzmieniem tego zdania we własnych ustach. Nie sądził, że kiedykolwiek będzie mógł powiedzieć coś w tym stylu do Syriusza. Nigdy nawet nie przypuszczał, że znajdzie sobie dziewczynę, podczas gdy jego przyjaciele, którzy, nie oszukując się, byli od niego lepsi niemal we wszystkim, mieli z tym kłopot. Tymczasem tak właśnie się wydarzyło i Peter po raz pierwszy czuł się, jakby wreszcie stali się sobie równi.
– Ja tu mam randkę z Luńkiem, więc niczego nikomu nie zazdroszczę – oznajmił w tym czasie Black, uśmiechając się lekko, po czym odwrócił się do wspomnianej „randki”. – Jesteś pewny, że nic jej nie jest? Dzisiaj rano kulała...
Pettigrew westchnął ciężko i skierował się w stronę dużej szafy, kątem oka zauważywszy, że Remus cierpliwie przytaknął i co najmniej po raz setny powtórzył słowa pielęgniarki, która zapewniała, że z nogą Melle wszystko będzie w najlepszym porządku. Syriusz tymczasem wgryzł się w żelka i powoli pokiwał głową, bezgłośnie dziękując przyjacielowi za wsparcie, ponieważ Lupin w tej sytuacji zdecydowanie rozumiał go najbardziej z nich wszystkich. Gdyby to miało pomóc Blackowi, z pewnością przedstawiłby przebieg wydarzeń ze skrzydła szpitalnego choćby i tysiąc razy, niezmiennie z tą samą anielską cierpliwością, której Peterowi prawdopodobnie by zabrakło. Od środowego poranka, kiedy to każdy z nich przybrał swoją normalną postać po całej nocy spędzonej we Wrzeszczącej Chacie, niemal nieprzerwanie wałkowali temat tej Puchonki, co na dłuższą metę mogło być wyczerpujące, ale chłopak prędzej odgryzłby sobie język, niż zwrócił im na to uwagę.
Kiedy nie znalazł peleryny w szafie, postanowił sprawdzić pod łóżkami, które były jego ostatnią nadzieją, dlatego podszedł do najbliższego z nich i uklęknął na podłodze, opierając dłoń na pościeli. Schylił się i sięgnął do kieszeni po różdżkę, aby móc zobaczyć coś w ciemności, ale nagle usłyszał za plecami chrząknięcie Syriusza, które brzmiało, jakby był odrobinę zakłopotany, co zaskoczyło Petera na tyle, że gwałtownie poderwał głowę do góry i niefortunnie z całej siły uderzył nią w drewnianą belkę. Syknął głośno i szybko wyczołgał się spod łóżka, przyciskając dłoń do pulsującego bólem miejsca.
– Wiecie, chłopaki... – zaczął powoli brunet, głosem tak poważnym, że Pettigrew niemal zapomniał o guzie powstającym powoli na jego potylicy. – Pewnie was irytuję tym, że ciągle o niej gadam, ale ja naprawdę... – westchnął ciężko i wzruszył jedynie ramionami, jakby nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. – Naprawdę się przestraszyłem – dokończył o wiele ciszej i podrapał się po głowie, próbując ukryć zmieszanie.
Peter, który nadal przyciskał dłoń do włosów, natychmiast pospieszył mu z odpowiedzią, jak przystało na dobrego kumpla.
– Daj spokój, przecież wszystko rozumiemy – zapewnił nie do końca zgodnie z prawdą, jednak ważne było to, że uzyskał zamierzony efekt, czyli pełen wdzięczności uśmiech Syriusza, tym razem skierowany do niego.
Właściwie nie skłamał jakoś bardzo poważnie, ale i tak zrobiło mu się odrobinę głupio, ponieważ nie zasłużył sobie na żadne podziękowania. Wydawało mu się, że rozumiał zachowanie Blacka – to, że martwił się o Melle było jak najbardziej naturalne, jednak minął już prawie tydzień, a dziewczyna dawno temu doszła do siebie, więc powinien przestać się tym przejmować. Oczywiście Peter nie mógł powiedzieć czegoś takiego na głos, bo przecież nigdy nie był w podobnej sytuacji i nie potrafił się w nią wczuć, chociaż bardzo się starał. Niestety bezskutecznie, przez co jego próby podniesienia kolegi na duchu ograniczały się do pustych: „nic jej nie będzie” albo „zobaczysz, że wszystko się ułoży”.
W tym momencie dość niepewnie odwzajemnił uśmiech Syriusza, żałując, że jego nieprzychylnie nastawiony mózg nie podsuwał mu lepszych słów pocieszenia. Właśnie doszedł do wniosku, że oddałby naprawdę wiele za wielką księgę sprawdzonych reakcji, zdań i żartów na każdą okazję, po czym westchnął ciężko i wrócił do swoich poprzednich poszukiwań.
– Napisaliście już to wypracowanie na zielarstwo? – zapytał na powrót normalnym głosem Black, zmieniając wreszcie temat.
Przy tych słowach rozłożył się na swoim łóżku i wcisnął głowę między poduszki, wpatrując się w baldachim ze zmęczeniem. Przez tę sytuację z Melle miał problemy ze snem, co wyraźnie odznaczało się na jego twarzy, a szczególnie w oczach, które były podkrążone jak nigdy dotąd.
Pettigrew wiedział, że to pytanie było skierowane bardziej do Remusa, ale nie usłyszał już jego odpowiedzi, ponieważ ponownie zanurkował pod łóżko, uważając, aby nie nabić sobie kolejnego guza.
– Widzieliście gdzieś pelerynę-niewidkę? – Poddał się po dobrej chwili, kiedy znalazł na podłodze jedynie garść skruszonych krakersów.
Wyczołgał się z powrotem na zewnątrz i jeszcze raz obrzucił szybkim spojrzeniem cały pokój, jakby szukana zguba mogła nagle zmaterializować się na widoku.
– Chyba jest w moim kufrze – poinformował go James, który właśnie wyszedł z łazienki, głośno zatrzaskując za sobą drzwi. – A co? Idziemy gdzieś? – zapytał i zatarł ręce z podekscytowaniem. – Co tam wymyśliłeś, Peter?
Z włosów nadal kapała mu woda, ale zamiast się tym przejąć, podszedł do chłopaka w kilku długich krokach i objął go ramieniem, czekając aż ten zdradzi mu swój pomysł na dowcip. Wyglądał przy tym ogromnie radośnie i pozytywnie, co w ciągu ostatnich kilku tygodni zdarzało się dosyć rzadko. Oczywiście przez cały ten czas udawał, że wszystko było w porządku, ale jego przyjaciele doskonale wiedzieli, że sprawy z Evans dostarczały mu powodów do rwania włosów z głowy. Dlatego teraz, kiedy uśmiechał się tak serdecznie w oczekiwaniu na szczegóły nowego planu, Peter poczuł się okropnie z myślą, że nie miał w zanadrzu niczego, co utrzymałoby ten nastrój u kolegi.
– Ja... Nie... – zmieszał się i podrapał nerwowo po karku. – Gabie jest chora i chciałem tylko...
Urwał w pół zdania, gdy James nagle odsunął się, odwrócił do niego plecami i skierował do najbliższego łóżka, najwidoczniej zawiedziony uciekającą perspektywą zrobienia nowego kawału. Przez dłuższą chwilę Peter stał w tym samym miejscu, czując jedynie wstyd, że rozczarował przyjaciela swoją odpowiedzią. Otworzył usta, aby jakoś się zrehabilitować, przedstawiając dowcip, nad którym zastanawiał się wraz z Gabie kilka dni temu, ale nie zdążył się nawet odezwać, bo Potter znowu do niego podszedł, tym razem z peleryną-niewidką, Mapą Huncwotów i równie szerokim uśmiechem na twarzy.
Pettigrew zamrugał powoli ze zdziwieniem i spojrzał najpierw na niego, później na pelerynę w jego rękach i znowu na niego, a potem ze świstem wypuścił powietrze przez zaciśnięte wargi i zaśmiał się głośno z własnej głupoty, kręcąc głową.
– Myślałem, że się na mnie obraziłeś – powiedział z rozbawieniem, dopiero teraz zdając sobie sprawę z irracjonalności tej sytuacji.
– Tak się obraził, że aż poszedł ci poszukać peleryny – wtrącił się do rozmowy Syriusz, podnosząc głowę z poduszek. – Ja się, Rogaś, nie dziwię, że ciągle kłócisz się z Evans, skoro w złości wyglądasz tak. – Uniósł palcami wskazującymi kąciki ust do góry, co spotkało się z wybuchem śmiechu Jamesa.
Peter zachichotał, podziwiając jednocześnie zdolność Blacka do odczytywania nastroju przyjaciela. Zawsze wiedział, co może bezpiecznie powiedzieć i z czego w danej chwili zażartować. Gdyby Potter usłyszał coś takiego kilka dni wcześniej, niewątpliwie by się wściekł, ale tej nocy zareagował pozytywnie. Pettigrew przez chwilę zazdrościł Syriuszowi tego wyczucia, lecz nie mógł długo nad tym myśleć, bo James wcisnął mu właśnie w dłonie mapę i pelerynę.
– Chyba zapominasz o tym, że dzisiaj chwyciła mnie za rękę! – odparł z takim samym zachwytem, jak poprzednim razem, kiedy o tym mówił.
I po poprzednim i po po poprzednim. I po po po...
– Znowu się zaczyna – powiedział z rozbawieniem Remus, który właśnie wyciągnął z torby wcześniej wspomniane wypracowanie z zielarstwa i podał je Syriuszowi, aby ten mógł „porównać” jego pracę ze swoją.
– Ciekawe jak długo będziemy jeszcze musieli znosić te zachwyty? – zapytał ironicznie Black, uśmiechając się szeroko i przejmując od Lupina jego zwój pergaminu, gdy Potter zniknął ponownie za drzwiami od łazienki. – O nie! Miały być trzy stopy, a napisałeś chyba z dziesięć! – oburzył się, rozwijając do końca wyjątkowo długą rolkę.
– Trzy i pół – odrzekł z udawaną urazą Remus, po czym wyciągnął rękę, aby odzyskać swój esej. – Jak ci się nie podoba, to oddawaj – dodał, ale Syriusz szybko schował wypracowanie pod kupkę poduszek i położył się na nich z głośnym westchnięciem, jakby właśnie wykonał jakąś wyjątkowo ciężką pracę.
– Ale ja wcale nie mówię, że mi się nie podoba – zaperzył się Black, zakładając ręce za głową, co Lupin skwitował jedynie stłumionym parsknięciem śmiechu.
– Kto? – zapytał podejrzliwie James, kiedy ponownie wyszedł z łazienki, tym razem wycierając wilgotne włosy ręcznikiem.
Najwyraźniej pomyślał, że nadal mówili o Evans, a w tym kontekście zdanie wypowiedziane przez Syriusza brzmiało co najmniej dwuznacznie. Peter zachichotał głośno, zobaczywszy minę Pottera. Jeśli chodziło o Lily, mógł być zazdrosny o każdego, nawet o Blacka, który nigdy w życiu nie zrobiłby mu podobnego świństwa. James na pewno dobrze o tym wiedział, ale w chwilach takich jak te, zawsze nachodziły go wątpliwości.
– Nikt – odparł Syriusz, wystawiając mu język. – Ktoś tu chyba zapomniał, że miał być dla mnie miły. Myślałem, że ostatnim razem dość wyraźnie wyjaśniłem ci, że Evans mi się nie podoba – przypomniał ze śmiechem i nie czekając na odpowiedź, zaraz dodał: – Ogólnie, nie chcemy studzić twojej radości, ale jesteś pewny, że było dokładnie tak, jak mówisz? Nie przyszło ci do głowy, że po prostu sprawdzała ci puls, żeby upewnić się, że żyjesz po położeniu ręki na jej „cudownej talii”?
Ostatnie dwa słowa wypowiedział głosem przedrzeźniającym zachwycone peany Jamesa, na co ten parsknął śmiechem, a po jego spojrzeniu Peter już wiedział, jak to się skończy – będą się przekomarzali przez kolejne pół godziny albo i dłużej, a Potter zacznie żartować z samego siebie, aby rozśmieszyć przyjaciela i poprawić mu nastrój po ostatniej pełni, ponieważ nic nie mogło pocieszyć Syriusza lepiej od śmiechu.
– I co jeszcze? Może jakaś mucha usiadła mi na ręce i Lily chciała ją zabić?
Black, usłyszawszy taką alternatywę, wybuchnął głośnym rechotem, a kiedy już się nieco uspokoił, postukał się po brodzie, jakby rzeczywiście się nad tym zastanawiał.
– Całkiem możliwe – przyznał, próbując zachować powagę, ale jego usta zdradziecko zadygotały. – A może myślała, że twoja ręka to mucha...?
Rozweselony Peter pokręcił tylko głową i skierował się wreszcie do wyjścia, ściskając w dłoniach mapę i pelerynę-niewidkę. Pomachał jeszcze do Remusa, który z rozbawieniem przysłuchiwał się rozmowie przyjaciół, a potem wyszedł z dormitorium, mogąc się w ciemno założyć, że kiedy wróci, zdania w ich pokoju nadal będą zaczynały się od słowa „może”.
Zerknął na zegarek na swoim nadgarstku i w ekspresowym tempie zbiegł po schodach do pokoju wspólnego, obawiając się, że Gabie mogła się znudzić tak długim czekaniem i po prostu wróciła do własnego dormitorium. Odetchnął jednak z ulgą, kiedy zobaczył ją, leżącą w tym samym miejscu.
– Przepraszam, że tyle to trwało – wysapał, podchodząc do dziewczyny i po drodze wciskając Mapę Huncwotów do kieszeni spodni. – Lepiej ci już trochę?
Gabriele uchyliła jedną powiekę, po czym pokręciła głową ze zmęczeniem. Chłopak westchnął cicho i ostrożnie dotknął włosów tuż nad jej czołem. Nie lubiła tego, ale w tym momencie nie miała nawet siły, aby zwrócić mu uwagę. Przykucnął przed kanapą i zawahał się przez chwilę. Powiódł wzrokiem po jej zaczerwienionych policzkach, po piegach na jej nosie, po krótkich, ale za to wyjątkowo ciemnych rzęsach, aż wreszcie spojrzał na jej lekko rozchylone usta. Powoli wypuścił powietrze przez nos, nie potrafiąc nasycić się pięknem dziewczyny. Była po prostu idealna, a w dodatku zgodziła się chodzić z kimś takim jak on. Może nie zostało zbyt wiele czasu, zanim zorientuje się, że popełniła koszmarny błąd? Może niedługo powie zwyczajne „To nie wypali, Pete”, a on do końca życia będzie sobie pluł w brodę, że nie odważył się jej pocałować?
Dłonie spociły mu się ze zdenerwowania, dlatego odsunął palce od skóry dziewczyny i zacisnął je w pięści. Czy to była ta odpowiednia okazja, na którą tyle czekał? Nie miał pojęcia, ale coś podpowiadało mu, że powinien wreszcie spróbować.
– Gabie? – wyszeptał tak cicho, aż obiecał sobie w myślach, że jeśli jakimś cudem go usłyszy, przed niczym już się nie cofnie.
Ona tymczasem otworzyła powoli oczy ze zdziwieniem i przesunęła głowę w bok, żeby móc na niego spojrzeć. Przełknął ślinę chyba najgłośniej, jak tylko potrafił, przez co miał ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu.
– Myślałam, że poszed... – zaczęła brunetka, jednak nie dał jej dokończyć zdania, zamykając jej miękkie wargi pocałunkiem, a właściwie cmoknięciem, które trwało zaledwie kilka sekund. – Och – dodała Gabriele z jeszcze większym zaskoczeniem, kiedy odsunął się do tyłu, aby ocenić jej reakcję na tę spontaniczną decyzję. – Zarazisz się ode mnie.
Pettigrew uśmiechnął się szeroko, słysząc te słowa, po czym z nową dawką pozytywnej energii podniósł się z kucek i rozwinął przed sobą pelerynę-niewidkę.
– Niedługo wrócę – zapewnił radośnie, a potem ruszył w kierunku portretu Grubej Damy, czując się tak, jakby ktoś zamontował sprężyny w jego butach.
Zarazisz się ode mnie.
Nie żadne „Fuj, Peter, co ci przyszło do głowy?”, ani „Nigdy więcej tego nie rób”, ani też „To był chyba najgorszy pocałunek w moim życiu”. No, dobrze, może z ostatnim stwierdzeniem odrobinę przesadził, bo Gabie nie dość, że pięknie wyglądała, była jednocześnie najmilszą dziewczyną, jaką znał, ale i tak obawiał się podobnej reakcji – jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie.
Szedł szkolnymi korytarzami ukryty pod peleryną, ledwo powstrzymując się przed gwizdaniem albo nuceniem. W tej chwili doskonale rozumiał wcześniejsze zachowanie Jamesa, który był niezwykle podekscytowany tym, że Lily położyła dłoń na jego własnej. Peter tymczasem bez przerwy przesuwał palcami po rozciągniętych w błogim uśmiechu wargach, żałując jedynie, że zdecydował się na ten krok dopiero teraz.
Nawet nie zauważył, kiedy stanął przed drzwiami skrzydła szpitalnego, ponieważ bujał w obłokach na tyle, że prawdopodobnie mógłby zderzyć się z jakimś nauczycielem patrolującym zamek, a w ogóle by tego nie poczuł. Całe szczęście, że Potter był w posiadaniu czegoś tak niezwykłego, jak peleryna-niewidka.
Pettigrew rozejrzał się szybko dookoła, po czym zacisnął palce na srebrzystym materiale i przemienił się w szczura, aby móc wślizgnąć się do skrzydła przez dziurę w ścianie. W tym przypadku zdecydowanie najlepsze było to, że jego ubrania znikały wraz z nim, a po powrotnej przemianie w człowieka, pojawiały się w tym samym miejscu, co oznaczało, że nawet nie musiał martwić się peleryną.
Z lekkim trudem przecisnął się przez niewielki otwór między drzwiami a framugą i wrócił do swojej normalnej postaci, na wszelki wypadek chowając się w cieniu. Nie było jednak takiej potrzeby, ponieważ nadal pozostał w pełni niewidzialny, a w dodatku pielęgniarki najwyraźniej już spały albo po prostu siedziały w swoich gabinetach, gdyż sala była niemal pusta, nie licząc dwójki pacjentów, pogrążonych we śnie.
Mając na uwadze nietoperzy słuch pani Mallory, która po usłyszeniu najcichszego dźwięku potrafiła wypaść ze swojego gabinetu niczym proca, zbliżył się na palcach do szafki z lekarstwami, a następnie otworzył ją powolutku, żeby zawiasy w drzwiczkach nie zaskrzypiały. Chwycił znajomą buteleczkę z eliksirem na przeziębienie, po czym wepchnął ją do kieszeni i ruszył w stronę wyjścia, zadowolony z pomyślnie zakończonej akcji.
Już kilka minut później wspinał się po schodach z tym samym głupkowatym uśmiechem na twarzy. Nie mógł się doczekać, aż opowie przyjaciołom o swoim udanym pocałunku. Ostatnio tyle rzeczy szło po jego myśli, że najwyraźniej wkroczył w jakiś szczęśliwszy okres swojego życia i miał nadzieję, że będzie on trwał jak najdłużej.
Wchodził właśnie w korytarz na czwartym piętrze, a od wieży Gryfonów dzieliły go jedynie trzy kondygnacje, kiedy nagle usłyszał przed sobą jakieś szepty. Zatrzymał się gwałtownie i zmrużył powieki, aby dostrzec twarze dwóch dziewczyn, stojących przed wysokim aż do sufitu lustrem. Zrobił jeszcze kilka ostrożnych kroków do przodu, po czym oparł się o ścianę ze zniecierpliwieniem.
– Zobacz, jak ty wyglądasz – powiedziała zmęczonym głosem jakaś szatynka, wskazując na ogromną taflę lustra. – Schudłaś z dziesięć funtów!
Peter podniósł głowę, zaciekawiony tymi słowami, i przyjrzał się niższej dziewczynie. Sam cały czas starał się zrzucić trochę nadmiarowej wagi, ale jak dotąd nie widział absolutnie żadnych efektów, więc chętnie poznałby na to jakiś sprawdzony patent.
Po chwili uważniejszej obserwacji, doszedł do wniosku, że rzeczywiście musiała ostatnim czasem sporo schudnąć, ponieważ ubrania dosłownie na niej wisiały. Poza tym wyglądała na zaniedbaną – miała włosy rozczochrane bardziej od Jamesa, a to naprawdę spory wyczyn, którym rzadko kto mógł się pochwalić. Jej policzki wyglądały na zapadnięte, natomiast oczy... Oczy były niemal niewidoczne wśród ciemnych cieni wokoło. W tym momencie dziewczyna otarła nos rękawem swetra i wzruszyła ramionami, jakby niewiele ją to obchodziło.
– Zawsze chciałam trochę schudnąć – odparła zachrypniętym głosem, ale spojrzała w lustro krytycznym wzrokiem i skrzywiła się z niesmakiem. – Może faktycznie powinnam coś zjeść – przyznała niechętnie, na co druga dziewczyna zachichotała pod nosem.
– Wiesz co jeszcze powinnaś? – zapytała, chwytając ją pod ramię. – Uśmiechnąć się wreszcie. I uczesać. I umyć. I zmienić ubranie – wymieniała na palcach, a brunetka wyraźnie walczyła ze sobą, aby się nie zaśmiać. – Nie wiem, czy zdążę cię doprowadzić do kuchni, zanim mi się tu przewrócisz z głodu.
Pettigrew westchnął bezgłośnie i założył ramiona na torsie, czekając aż dziewczyny w końcu opuszczą korytarz i dadzą mu wolną drogę do wieży, w której wciąż czekała na niego Gabie. Po co w ogóle stały przed tym lustrem, skoro chciały iść do kuchni? Pokręcił głową z niezrozumieniem, ponieważ nie ruszyły się jeszcze nawet o krok. Chyba już prędzej udałoby mu się je wyminąć, chociaż ustawiły się akurat tak, że miałby z tym spory problem. Właśnie zastanawiał się nad ponowną przemianą w szczura, kiedy szatynka ścisnęła dłoń przyjaciółki i dodała:
– Musisz pójść do przodu, Juls.
Dokładnie. Musiała pójść do przodu – wtedy Peter mógłby przybrać swoją animagiczną postać i bez trudu je minąć, nie ryzykując przypadkowego nadepnięcia przez którąś z nich.
I co z tego, że te słowa zostały powiedziane w zupełnie innym kontekście? Idź do przodu... – pomyślał. Zaraz, jak jej było na imię? Juls?
Chłopak nagle zamarł ze zdziwienia, kiedy dotarło do niego, kogo właśnie miał przed oczami. Zmarszczył brwi i przypatrzył się dziewczynie uważniej, nie mogąc uwierzyć w to, że jej wcześniej nie rozpoznał.
Tak, to naprawdę była Julie! Wyglądała, co prawda, jakby przepłakała kilka ostatnich dni i rzeczywiście schudła przynajmniej sześć funtów, ale nie zmieniła się aż tak bardzo, żeby nie zauważyć, że to ona. Peter poczuł się zakłopotany tą chwilą dezorientacji, ale w tym momencie dziewczyna pokiwała głową, a potem podniosła brodę do góry.
– Masz rację, A. Nie mogę się dłużej chować w Pokoju Życzeń – powiedziała stanowczo, jakby chciała przekonać przede wszystkim siebie. – Trzeba wypić to kremowe, którego sobie nawarzy...
Nie zdołała dokończyć zdania, ponieważ na jej oczach nagle pojawiła się czarna opaska i zacisnęła się wokół jej głowy niczym imadło. Dziewczyna z przerażeniem podniosła obie dłonie do twarzy, po czym zaczęła wymachiwać nimi na boki, oczekując najwyraźniej pomocy od przyjaciółki, która jednak borykała się właśnie z tym samym kłopotem i gwałtownymi ruchami próbowała zedrzeć przepaskę z własnych oczu.
Wszystko wydarzyło się tak szybko, że Peter wpatrywał się w to kompletnie sparaliżowany ze zdziwienia, ale nie zdążył nawet pomyśleć nad jakimś racjonalnym wyjaśnieniem tej sytuacji, ponieważ lustro, przed którym stały dziewczyny, odchyliło się powoli na bok, ukazując tajne przejście do Hogsmeade.
– Co się dzieje, A?! – zapytała piskliwym głosem Gryfonka, szukając różdżki w kieszeni swetra.
– Nie wiem. Nic nie widzę – odparła tamta z zaniepokojeniem, po czym wpadła prosto na wielką, zakapturzoną postać, wychodzącą właśnie z tunelu.
Nie zdążyła nawet krzyknąć, bo napastnik zasłonił jej usta ręką, a Peter zamiast coś zrobić, przycisnął plecy do ściany tak mocno, jakby chciał się z nią stopić. Serce biło mu jak szalone, natomiast myśli gnały tak szybko, że nie mógł wychwycić żadnej konkretnej. Czuł jedynie paniczny strach, który odbierał mu zdolność poruszania się i możliwość swobodnego oddychania.
Szatynka przez kilka sekund szarpała się i próbowała na ślepo wymierzać kopniaki, ale nie miała wystarczająco dużo siły. Tymczasem z tunelu wychyliła się kolejna postać w czarnej pelerynie i dziwnej, srebrnej masce na twarzy. Pettigrew nie zdołał nawet mrugnąć, a przyjaciółka Julie została unieruchomiona i przestała wierzgać, trafiona smugą czerwonego światła prosto w szyję.
– Aileen?! – wrzasnęła na całe gardło Distim, aż Peterowi zadźwięczało w uszach. – Zostawcie ją!
Jej krzyk potoczył się echem po korytarzu, więc powinien ściągnąć któregoś z nauczycieli, ale jak na złość nikt się nie zjawiał. W tej chwili Julie wreszcie udało się wyszarpnąć różdżkę z kieszeni swetra. Kierowana adrenaliną, wyciągnęła ją przed siebie i zaczęła rzucać zaklęcia we wszystkich możliwych kierunkach. Najwyraźniej jakimś cudem usłyszała odgłosy szamotaniny i domyśliła się, że jej przyjaciółka była w tarapatach, więc teraz zamierzała jej pomóc, mimo że nie widziała kompletnie niczego. To, że najpierw nie odsłoniła oczu, było jednocześnie wyjątkowo odważne, ale i równie naiwne. Prawdopodobnie miała nadzieję, że te kilka sekund mogło dać jej przewagę. A może była zbyt przerażona, żeby spokojnie przemyśleć swoje czyny, i zareagowała odruchowo?
Jeden z jej uroków minął o włos trzecią i zarazem najniższą zakapturzoną postać, dlatego też unieruchomiła ona skorą do walki Julie płynnym ruchem nadgarstka, jakby odganiała uciążliwą muchę. Pettigrew jedynie śledził wzrokiem ciało swojej koleżanki, które zatrzymało się w jednej chwili i bezwładnie uderzyło o podłogę.
W tym czasie dwaj zamaskowani napastnicy, rozglądając się dookoła, błyskawicznie wciągnęli do tunelu nieprzytomną Aileen, która najwyraźniej była celem ich ataku, po czym spojrzeli po sobie, zastanawiając się, co zrobić z Julie, nadal leżącą twarzą do ziemi.
Zostawcie ją tu – błagał Peter w myślach, ale jego modlitwy nie zostały wysłuchane, ponieważ już po chwili najbardziej umięśniony z mężczyzn, a przynajmniej tak wnioskował po jego sylwetce, przerzucił ją sobie przez ramię jak szmacianą lalkę i zniknął, zasuwając za sobą lustro i nie pozostawiając na korytarzu ani śladu po tym zdarzeniu, które trwało prawdopodobnie zaledwie kilkadziesiąt sekund.
Pettigrew jeszcze przez co najmniej dziesięć minut gapił się w to samo miejsce, próbując wmówić sobie, że nic się nie stało i po prostu miał przywidzenia, a potem, kiedy wreszcie minął ogarniający go paraliż, osunął się po ścianie, czując pot ściekający mu po plecach. Dłonie dygotały mu tak bardzo, że kiedy ukrył w nich twarz, zaczęła wręcz podskakiwać, ale nie zwracał na to uwagi. Właśnie mimowolnie był świadkiem czegoś okropnego i nie zareagował w żaden sposób. Ktoś zaatakował koleżankę, którą znał od prawie siedmiu lat, a on nawet nie kiwnął palcem, żeby jej pomóc. Kulił się w kącie, licząc na to, że nikt go nie zauważy, że przejdzie przez to bezpiecznie. Myślał wyłącznie o sobie.
Przełykając gorzkie wyrzuty sumienia, otarł z policzków pot wymieszany ze łzami, które nie wiadomo kiedy się tam pojawiły. Na Merlina, miał przy sobie różdżkę – mógł coś zrobić, mógł pomóc! To niemożliwe, że po prostu stał i na wszystko patrzył. Jak to o nim świadczyło? Dlaczego trafił do Gryffindoru, skoro był zwykłym tchórzem, niezdolnym do jakiejkolwiek reakcji?
Jeśli ktoś się o tym dowie, będę skończony – pomyślał z narastającym przerażeniem.
Jak zareagowaliby Huncwoci na wieść o tym, że ich przyjaciel zostawił na pastwę losu dwie bezbronne dziewczyny?
Jak zareagowałoby przepełnione dobrocią serce Gabriele?
Wzdrygnął się na samą myśl o tym i szybko pokręcił głową. Będzie milczał. Nikt się nigdy nie dowie, że tutaj był, że cokolwiek widział. Nikt.
Zapomnij. Po prostu zapomnij.
Kiedy pół godziny później blady jak ściana wchodził do pokoju wspólnego z owym postanowieniem i podał Gabie eliksir na przeziębienie, dziewczyna stwierdziła, że zdecydowanie się od niej zaraził, jak przewidywała. Nawet nie zaprzeczył, tylko posłusznie wypił połowę lekarstwa, po czym udał się do dormitorium, aby ukryć swoją tchórzliwą twarz w poduszce i zwyczajnie zapomnieć, nie zważając na to, jak poważne były konsekwencje tej decyzji.
***
Wczesnym rankiem w niedzielę Syriusz siedział przy śniadaniu sam, ponieważ reszta jego przyjaciół wciąż spała. W Wielkiej Sali nie było tłumów, a i jedzenia nie brakowało, więc miał naprawdę spory wybór, ale postawił na zwykłego rogala z miodem. Ziewnął szeroko, nie próbując się nawet zasłaniać, po czym spojrzał w magiczny sufit, przedstawiający ciemne, poranne niebo. Właśnie kończył się styczeń, więc z każdym kolejnym dniem o tej porze powinno robić się coraz jaśniej, jednak chłopak liczył na to, że nie będzie musiał się o tym przekonywać na własne oczy. Od kilku nocy dręczyły go bowiem koszmary, przez które budził się przerażony i nie mógł później zasnąć, co skutkowało śniadaniami jedzonymi we własnym towarzystwie. Miał nadzieję, że wkrótce się to skończy, bo przecież z Melle wszystko było już w porządku, a przynajmniej tak podejrzewał.
Przetarł powieki dłońmi, po czym rozejrzał się powoli po pomieszczeniu. Nie minęła jeszcze siódma, więc nie dziwił się nawet, że przy stołach siedziała jedynie garstka uczniów, ponieważ reszta wykorzystywała dzień wolny od nauki, aby się porządnie wyspać.
Mozolnym ruchem zakręcał właśnie słoik z miodem, kiedy w progu dostrzegł burzę rudych włosów, która zaczęła niebezpiecznie zbliżać się w jego stronę. Westchnął ciężko pod nosem i wpatrzył się w rogala, udając, że wcale jej nie zauważył, co niestety nie podziałało, ponieważ dziewczyna już po chwili opadła na ławę naprzeciwko niego.
– Hej – przywitała się tak energicznie, jakby była co najmniej dwunasta w południe. – Też nie możesz spać?
W odpowiedzi chłopak pokiwał jedynie głową, ale nie zwróciła większej uwagi na jego burkliwy nastrój, tylko chwyciła dzbanek z kawą i jeden z kubków, a potem nałożyła sobie na talerz omlet, dekorując go syropem klonowym i jagodami.
Przez kolejne kilka minut panowała między nimi cisza, która zaczęła w końcu ciążyć Syriuszowi. Przyszło mu do głowy, że może nie powinien być dla niej taki oschły. Chciała po prostu zjeść śniadanie w towarzystwie kogoś znajomego, a on nawet nie odpowiedział na jej powitanie. Spojrzał na nią znad własnego talerza i zauważył, że jego zachowanie chyba jednak sprawiło jej przykrość, ponieważ wyglądała tak, jakby miała zamiar się gdzieś przesiąść.
– Czemu tak wcześnie wstałaś? – zapytał, powstrzymując ją od tego pomysłu, przez co podniosła na niego zdziwiony wzrok.
– Namyśliłeś się i uznałeś, że jednak warto się do mnie odezwać? – odparła z ironicznym uśmiechem, podwijając rękawy bluzy i nie czekając na odpowiedź, dodała: – Tina obudziła chyba cały Hufflepuff...
Black poruszył się nerwowo, marszcząc brwi z zaniepokojeniem. Niewiele brakowało, a z jego ust wyrwałoby się jedno z pytań, które niczym wicher przetoczyły się przez jego myśli. Coś się stało Melle? Coś z jej nogą? Potrzebuje pomocy?
Tymczasem Anne, krojąc omlet na małe kawałki, nie zauważyła napięcia widocznego na twarzy bruneta i kontynuowała spokojnym głosem:
– A właściwie jej sowa. To prawdziwy potwór, przysięgam. – Na potwierdzenie tych słów pokazała mu krótką szramę, przechodzącą przez jej palec. – Chociaż w sumie... Gdyby to mnie ktoś dał na imię Wrzód, chyba zachowywałabym się podobnie...
Syriusz patrzył na nią przez dłuższą chwilę, czując, jak powoli schodzi z niego całe napięcie, po czym parsknął tak szczerym śmiechem, że aż go to zaskoczyło. Ssące poczucie winy, które niemal nie opuszczało go od kilku dni, w tamtym momencie ustąpiło miejsca rozbawieniu.
– Serio nazwała swoją sowę Wrzodem? – powtórzył z niedowierzeniem, akcentując ostatnie słowo.
Wprawdzie nie powinien się temu dziwić, ponieważ Tina i Melle... Cóż, były dość specyficznymi dziewczynami.
Aż do tej pory dokładnie pamiętał moment, kiedy blondynka podczas ich pierwszego spotkania oderwała gałąź z drzewa i udawała, że trzyma w ręku różdżkę. Mimo nieciekawej sytuacji, ogromnie go to wtedy rozbawiło i naprawdę musiał ze sobą walczyć, aby się nie roześmiać.
– Wpadły na to z Melle jakieś trzy lata temu. Powiem krótko: to był bardzo zły pomysł – zaśmiała się Anne, odgarniając długie pasmo rudych włosów na plecy.
Black pokiwał głową, jakby tak właśnie podejrzewał, a potem na kolejne kilkadziesiąt sekund zapadła między nimi niezręczna cisza. Chłopak w tym czasie powoli popijał gorącą herbatę, czekając aż Puchonka przejdzie wreszcie do sedna, ponieważ domyślał się, że coś ją gryzło. Nie należał jednak do cierpliwych osób, więc już po chwili westchnął ciężko i pochylił się w jej stronę.
– No dobra. Wiem, że usiadłaś tu po to, żeby mnie o coś zapytać – przyznał, chcąc jej to ułatwić.
Otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia, ale nie zaprzeczyła, czym utwierdziła go w jego przypuszczeniach. Zacisnął powoli usta, odstawiając kubek z herbatą na stół, bo właśnie tego się spodziewał – krępujących pytań, na które wcale nie uśmiechało mu się udzielać odpowiedzi.
– Właściwie to tak... – zaczęła niepewnie, kiedy w końcu nabiła jedną z jagód na widelec. – Myślisz, że... jest jeszcze jakaś szansa na to... – Urwała na chwilę, przymykając oczy, dzięki czemu Syriusz mógł w pełni dostrzec brązowawy cień na jej powiekach. – Na to, że James zapomni o Lily? – dokończyła niemal szeptem i zarumieniła się lekko.
Najwidoczniej sama dobrze wiedziała, że nie było takiej szansy, ale potrzebowała potwierdzenia od kogoś zaznajomionego w tym temacie. Black ugryzł wreszcie pierwszy kęs rogala z miodem, zastanawiając się nad jej słowami. Co miał jej właściwie powiedzieć? Że Potter był cały w skowronkach, bo Evans zwyczajnie dotknęła jego ręki? Że to o Lily paplał przynajmniej osiem godzin na dobę i mógłby nawet dłużej, gdyby się nie „powstrzymywał” przed przyjaciółmi? Że przez ostatni miesiąc chyba ani razu nie zaśmiał się w stu procentach szczerze?
– A gdybym napluł ci do kawy i powiedział, że tego nie zrobiłem, to wypiłabyś ją? – zapytał powoli, drapiąc się po głowie.
To była naprawdę słaba metafora. Chciał jej przekazać, że nie powinna się sugerować opinią kogoś innego i sama podjąć decyzję. Z początku był pewien, że go nie zrozumie, ale Anne uniosła brwi do góry, jakby dotarł do niej sens jego słów, a nawet więcej. Uśmiechnęła się smutno i wzruszyła po prostu ramionami, zaczynając w końcu jeść swoje pokrojone na drobne kawałeczki śniadanie.
– Mogłam to przewidzieć – przyznała z lekko zmarszczonym nosem. – Szkoda, że Lily nie zauważa jak bardzo mu na niej zależy.
Syriusz nie potrafił się jednak zgodzić z tym stwierdzeniem, ponieważ Evans z całą pewnością widziała, a wręcz czuła zainteresowanie ze strony Jamesa, lecz dopiero teraz powoli uświadamiała sobie jego wartość.
– Pogodzili się już przynajmniej? – dopytała jeszcze Puchonka, sięgając po kubek z kawą.
– Wczoraj – potwierdził z pełnymi ustami Black. – Trochę to trwało, ale James był na nią naprawdę wściekły.
Po tych słowach wsunął między wargi ostatni kawałek rogala i podniósł się od stołu, tym samym powstrzymując dziewczynę przed zadaniem kolejnego pytania, które z całą pewnością brzmiałoby: „O co się w ogóle pokłócili?”. Właśnie to ciekawiło Anne chyba najbardziej ze wszystkiego, więc teraz, zobaczywszy, że Syriusz zakończył ich krótką rozmowę, westchnęła z frustracją, mamrocząc coś pod nosem.
Rzucił jeszcze dość sympatyczne „Cześć”, które było pewną rekompensatą za brak powitania, a potem ruszył w stronę wyjścia z Wielkiej Sali, przebiegając wzrokiem wzdłuż stołów. Skinął głową do młodszego o dwa lata Gryfona, który był drugim ścigającym w ich drużynie, a w tym momencie opierał policzek na ręce i starał się nie zasnąć, udając, że uważnie słuchał swojej przyjaciółki. A może dziewczyny? Black ostatnio rozmawiał z nim prawdopodobnie kilka miesięcy temu, więc nie wiedział, co się u niego działo. W sezonie letnim zdecydowanie częściej chodził z Jamesem na treningi, ale teraz przeważnie nie miał na to czasu albo ochoty. W końcu komu by się uśmiechało siedzenie na trybunach przy minusowych temperaturach? Na szczęście powoli robiło się już cieplej, więc niedługo znowu miał stać się ósmym członkiem drużyny, którego rola polegała na dodawaniu innym pozytywnej energii.
Wyszedł z Wielkiej Sali, rozmyślając o quidditchu i zastanawiając się, czy jego przyjaciele dalej spali. Podejrzewał, że mogli się już obudzić, ponieważ Remus przeważnie wstawał najwcześniej, a Jamesa nawet przez sen rozpierał nadmiar radości z powodu Lily. Wspinaczka do wieży Gryfonów zajęłaby Syriuszowi w zwykłym tempie co najmniej pięć minut, ale nie zamierzał się spieszyć, ponieważ mogło się okazać, że wszyscy w dormitorium nadal byli pogrążeni we śnie, dlatego też ruszył powoli w stronę schodów. We wnęce na końcu korytarza dostrzegł jakąś parę i zastanawiał się przez chwilę, czy nie pójść inną drogą, aby im nie przeszkadzać, jednak szybko zrezygnował z tego pomysłu, bo pewnie i tak nawet nie zwróciliby na niego uwagi.
Już z daleka usłyszał głośny śmiech dziewczyny, który zabrzmiał dziwnie znajomo, przez co Black zmrużył oczy, próbując z tej odległości dostrzec jej twarz. Zrobił kilka kolejnych równych kroków do przodu i rozpoznał wreszcie Tinę, niemogącą złapać tchu z rozbawienia. Chichotała, zasłaniając usta dłonią, a Syriusz dostrzegł na jej policzku długą szramę, podobną do tej, którą kilkanaście minut wcześniej pokazała mu Anne. Doszedł wtedy do wniosku, że rzeczywiście dziewczyny powinny w przyszłości nieco ostrożniej dobierać imiona swoim sowom.
Uśmiechnął się lekko, po czym przeniósł wzrok na blondyna, który był najwyraźniej powodem jej wybuchu wesołości. Jego też skądś kojarzył, a po dłuższej chwili zastanowienia przypomniało mu się, że to przecież chłopak Melle. Ten sam, który wyciągnął McGonagall z ich wspólnego szlabanu. Jak on miał na imię? A zresztą, czy to ważne?
Syriusz chciał ich już wyminąć i wejść w najbliższy zakręt, kiedy blondyn nagle podniósł dłoń i dotknął kciukiem szramy na policzku Tiny, przez co dziewczyna w końcu przestała chichotać. Black zamarł w pół kroku jak spetryfikowany, nie myśląc nawet o tym, jak komicznie musiał wyglądać dla postronnego obserwatora. Gdyby brunetka w tamtym momencie przeniosła wzrok na korytarz, pewnie miałaby z niego niezły ubaw, ale jemu wcale nie było do śmiechu.
Dlaczego, do diabła, chłopak Melle dotykał jej przyjaciółki w taki sposób? I dlaczego patrzył na nią z takim uczuciem?
Te pytania zniknęły z głowy Syriusza, kiedy blondyn pochylił się i złączył swoje usta z wargami Tiny, która zamiast go od siebie odepchnąć, zarzuciła mu ręce na szyję. Chłopak pocałował ją tak delikatnie, jakby była z porcelany, a Black po prostu zagotował się ze złości, gdy to zobaczył.
Na Merlina, powinien w ten sposób całować Melle, a nie jej najlepszą przyjaciółkę! Powinien w ten sposób dotknąć rany na jej nodze, powinien się o nią martwić, powinien zaprowadzić ją do pielęgniarki, kiedy zaczęła kuleć. Powinien raz na zawsze zabronić im chodzenia do lasu w czasie pełni!
I z całą pewnością nie powinien w tej chwili obejmować Tiny tak ciasno.
Syriusz wściekł się naprawdę nie na żarty, przez co zorientował się, że oderwał ich od siebie, dopiero wtedy, gdy wymierzał pierwszy cios prosto w szczękę blondyna, natomiast następny uplasował tuż pod jego okiem. Ręka zapiekła go od obu uderzeń, więc odsunął się od zdezorientowanego chłopaka, a Tina, która właśnie wskoczyła między nich, zasłoniła sobą tego niewiernego zdrajcę, po czym wepchnęła go głębiej we wnękę, aby zmniejszyć dystans dzielący ich od zirytowanego Blacka.
– Odbiło ci? – zapytała zduszonym głosem, mocno zaciskając dłonie na rękawach bluzy blondyna, który w tej chwili przyciskał palce do rozciętej skóry pod okiem.
– Właśnie! Zwariowałeś?! – warknął ze złością poszkodowany, czym jeszcze bardziej rozwścieczył bruneta.
Zagryzł mocno zęby i zacisnął obolałą pięść przy boku, patrząc na Tinę z błyskawicami w oczach. Nie mógł uwierzyć w jej zachowanie, ponieważ był przekonany, że Melle wskoczyłaby za nią w ogień. Kiedy podczas tamtej listopadowej pełni usłyszała krzyk przyjaciółki, od razu rzuciła się na pomoc, chociaż bez różdżki była zupełnie bezradna. A ona tak się jej za to odwdzięczała?
W tej chwili odwróciła się do niego plecami i podniosła głowę do góry, żeby sprawdzić, czy chłopakowi Melle nic się nie stało. Gdy dotknęła ostrożnie jego żuchwy, Syriusz nienawidził jej przez te kilka sekund z całego serca. Czuł się tak, jakby właśnie nakrył swoją dziewczynę na całowaniu się z którymś z Huncwotów, mimo że nie miał żadnej dziewczyny, a jego przyjaciele nigdy w życiu nie zrobiliby mu czegoś tak okropnego. Tymczasem Tina znowu okręciła się na pięcie i sztyletującym wzrokiem odpowiedziała na jego gromiące spojrzenie.
– Całkiem cię porąbało – syknęła, mrużąc oczy, jakby właśnie to do niej dotarło.
W rezultacie uniósł wysoko brwi ze zdziwienia. Jak w ogóle śmiała być tak bezczelna? Powinna okazać choćby cień skruchy!
– Mnie porąbało?! – krzyknął Syriusz, nie mogąc uwierzyć, że te słowa naprawdę opuściły jej usta. – Chyba się przesłyszałem! Może to go przynajmniej nauczy szacunku do swojej dziewczyny! A ty...! – Wskazał na nią z narastającą frustracją, próbując znaleźć odpowiednie określenie jej dwulicowego zachowania, jednak nie zdołał dokończyć zdania, ponieważ blondyn odsunął Tinę na bok i zrobił krok w jego kierunku.
– Szacunku do mojej dziewczyny? – powtórzył podniesionym głosem, zmarszczywszy brwi w grymasie. – Przeszkadza ci to, że pocałowałem ją na korytarzu?
– Przeszkadza mi to, że...! – Syriusz urwał nagle z wargami uchylonymi w okrągłe „o”, kiedy dotarły do niego słowa chłopaka. – Och – wydusił z siebie tylko, po czym cofnął się, marząc o tym, żeby w tej chwili teleportować się do innego kraju. Ba, na inny kontynent. – Uch – powtórzył tylko niewyraźnie, ponieważ nie było go na razie stać na nic ambitniejszego.
Czyli blondyn wcale nie chodził z Melle a z Tiną? To naprawdę wiele wyjaśniało i stawiało sprawę w zupełnie innym świetle, niekoniecznie dobrym dla niego samego.
Merlinie, co ja narobiłem? – pomyślał, wpatrując się w zirytowane twarze dwójki Puchonów, stojących przed nim. Jak miał się teraz z tego wytłumaczyć, nie wychodząc przy okazji na idiotę? Powoli przejechał rozciętą od uderzeń dłonią po włosach, oddychając ciężko, kiedy jego organizm uspokajał się po wcześniejszej wszechogarniającej złości.
– Ja... – zaczął powoli, skacząc wzrokiem od ściany do ściany, przytłoczony oskarżycielskim spojrzeniem Tiny. – Musiałem cię z kimś pomylić – wybąkał, prawdopodobnie czerwieniąc się bardziej niż kiedykolwiek, a potem dorzucił jeszcze ciche „sorry” i po prostu uciekł najszybciej, jak potrafił, nie czekając na ich reakcję.
Z pewnością doszli do wniosku, że był obłąkany. Czy ktoś normalny napastował całujące się na korytarzu pary? Czy ktoś normalny wściekał się aż tak bardzo, żeby zaatakować jakiegoś obcego chłopaka, nie dając mu nawet okazji do obrony? A co, jeśli domyślą się, że chodziło o Melle? Co, jeśli zaczną się zastanawiać, dlaczego stanął po jej stronie? Co, jeśli z powodu jego gorącej głowy wyjdzie na jaw największa tajemnica Remusa?
Zdyszany wbiegł na siódme piętro, ale minął portret Grubej Damy i ruszył dalej przed siebie, ponieważ nie miał na razie ochoty po raz kolejny przedstawiać przyjaciołom efektów swojej bezmyślności. Zareagował pod wpływem iskry, impulsu, jak zwykle w takich sytuacjach. I, również tak jak zwykle, nie skończyło się to dobrze.
Zacisnął zęby jeszcze mocniej, a potem zmienił zdanie, stwierdzając, że jednak musiał z kimś o tym porozmawiać. Najlepiej z Jamesem. Tak, on z pewnością by go zrozumiał. Byli do siebie dość podobni z usposobienia i Syriusz mógł się założyć, że Potter zachowałby się tak samo na jego miejscu.
Odetchnął głośno przez nos, a następnie odwrócił się na pięcie i skierował swoje kroki do wieży Gryfonów, gdzie przynajmniej bez owijania w bawełnę miał się dowiedzieć, czy skopał wszystko po całości, czy też była jeszcze jakaś nadzieja. James nie bawił się w półśrodki i nie głaskał go po główce, kiedy wyskakiwał z czymś podobnym do ostatniego ugryzienia Melle. Nigdy nie udawał, że Syriusz zrobił coś dobrze, jeśli prawda wcale tak nie wyglądała, ale zawsze przy nim był, zawsze go rozumiał i zawsze pomagał mu najlepiej, jak potrafił. A Black dokładnie tego potrzebował. Nie rozczulania się nad nim, a właśnie porządnego kopniaka i słów: „Faktycznie, to było bardzo głupie, ale razem to naprawimy”.
I, na Merlina, naprawiali.
***
W niedzielny poranek Remus siedział na swoim łóżku z dłońmi ukrytymi w rękawach świątecznego swetra oraz całkiem cienką, bo ledwie dwustustronicową, książką na kolanach. Przez ostatnie kilka dni chował ją pod poduszką i czytał jedynie w samotności, ponieważ między kartkami kryła się niejedna tajemnica, która nie powinna przedwcześnie ujrzeć światła dziennego.
Jego kieszonkowy zegarek wskazywał dokładnie siódmą czterdzieści dziewięć, a chłopak już kilka razy stukał w niego palcem, jakby podejrzewał, że mógł się zepsuć, gdyż kiedy się obudził, dormitorium było całkowicie puste, co szczerze go zaskoczyło. Zazwyczaj to on wstawał pierwszy, a jego przyjaciele spali o wiele dłużej, więc ta nagła zamiana ról wzbudziła w nim falę wątpliwości, począwszy od „Może dzisiaj jest poniedziałek i pomyliły mi się dni tygodnia?” do „Pewnie chcą mi wyciąć jakiś numer”. Żadne z jego przypuszczeń się jednak nie sprawdziło, co oznaczało, że chłopcy po prostu wyjątkowo obudzili się wcześniej od niego. Jeśli chodziło o Syriusza, akurat go to nie dziwiło, ponieważ cały czas zadręczał się tą sprawą z Melle, w wyniku czego miał spore problemy ze snem. W każdym razie nie tłumaczyło to niestety niespodziewanej przemiany Petera i Jamesa w ranne ptaszki, ale Lupin przynajmniej miał dzięki temu chwilę, aby jeszcze raz dokładnie przemyśleć treść książki, którą dostał we wtorek od Emily.
Czytał ją partiami, ukrywając się przed resztą Huncwotów, przez co było mu głupio i jednocześnie czuł ogromną frustrację, spowodowaną brakiem możliwości poznania całej historii na raz, ale w końcu nie mógł zdradzać przyjaciołom cudzych sekretów, chociaż miał wielką ochotę wszystko z nimi przedyskutować. Powstrzymywała go przed tym chęć zachowania się stosownie wobec blondynki, która przecież już od niespełna roku nosiła jego tajemnicę i nie przekazała jej nikomu, mimo że mogła to zrobić niejednokrotnie.
Remus skończył czytać książkę dopiero w piątek, ale nadal czuł przytłaczający ciężar w żołądku i nie wiedział, jak powinien zareagować na zawarte w niej informacje. Jedno było pewne – wreszcie zrozumiał. Zrozumiał wszystko, tak jak obiecała mu kilka tygodni temu dziewczyna, lecz nie mógł stwierdzić, czy wolał to od niewiedzy, ponieważ w tym momencie przepełniało go głównie współczucie.
Współczucie jest chyba lepsze od niezrozumienia – pomyślał, marszcząc brwi i ostrożnie odginając okładkę, aby pozostawić po sobie jak najmniejsze ślady użytkowania. Obchodził się z całą książką jak z jajkiem, mimo że została wydana stosunkowo niedawno, a dokładniej pod koniec listopada, czyli mniej więcej wtedy, gdy Emily zaczęła powoli próbować zmienić swoje nastawienie do niego. Żółtawe strony jeszcze pachniały świeżym drukiem, przez co chłopak najchętniej przewracałby je w rękawiczkach ochronnych, żeby ich przypadkiem nie zabrudzić. Już po pierwszym spojrzeniu na okładkę wiedział, że trafiło mu się coś naprawdę niezwykłego. Czytał kolejne słowa z wypiekami na policzkach i gęsią skórką przebiegającą od czasu do czasu przez ramiona. Żadna książka do tej pory nie wywarła na nim takiego wrażenia i najchętniej nigdy by się z nią nie rozstawał, ale wiedział, że niestety będzie musiał oddać ją właścicielce.
Westchnął głęboko i delikatnie przejechał palcem wzdłuż tytułu na pierwszej stronie. „Wybaczyć (nie)wybaczalne”. Te słowa same w sobie były jakąś podpowiedzią na dziwne zachowanie Emily, jednak Remus prawdopodobnie nigdy nie przewidziałby treści tej pozornie krótkiej lektury.
Opowiadała ona historię oczami kobiety, której niczego nie brakowało. Miała dom, męża i dwójkę dzieci, ale straciła to wszystko przez własną ciekawość i zbyt dużą pewność siebie.
Odkąd pamiętała, fascynowały ją wilkołaki – zbierała o nich informacje, szukała kontaktu z ludźmi dotkniętymi likantropią, pracowała nad tym, aby zapobiec bólowi, który wiązał się z przemianą. Wymyślała coraz to nowe eliksiry i ewentualne sposoby pomocy, dzięki czemu cieszyła się ogromną sympatią. Nikt nie mógł przejść obojętnie obok jej dobroci i czystej bezinteresowności, które w czasie pełni dawały nadzieję ciągle rosnącej grupce osób.
Można było pomyśleć, że w zamian za tak wielkie zaangażowanie na rzecz niewinnych, dotkniętych straszną przypadłością, Merlin powinien otoczyć kobietę szczególną pieczą, jednak tak się niestety nie wydarzyło. Kiedy była już przekonana, że udało jej się opracować genialną recepturę, która minimalizowałaby objawy wywoływane przez księżyc, przemiana u jednego z obiektów jej badań nastąpiła przedwcześnie, a kobieta została zaatakowana. Jak sama przyznała, nie miała pojęcia, w jaki sposób udało jej się wtedy przeżyć, ponieważ z tamtej nocy pamiętała jedynie głośne wycie i widok pazurów tuż przed swoją twarzą, co na szczęście i jednocześnie nieszczęście skończyło się jedynie nieodwracalną utratą oka oraz blizną przechodzącą od czoła aż do brody.
Jej dzieci były wówczas w wieku dwóch oraz sześciu lat, więc widok pokiereszowanej w ten sposób matki zaczął wywoływać u nich ataki paniki. Nie chciały się do niej nawet zbliżyć, uciekały z przerażeniem i wołały mamę, której serce rozpadało się powoli na kawałeczki. Przez dłuższy czas próbowała uświadomić córkom, że nie miały się czego bać, ale kiedy nie przyniosło to żadnych rezultatów, kobieta wpadła w prawdziwą depresję. Zdecydowała się na opuszczenie rodziny i zostawienie dzieci pod opieką męża, który nie potrafił poradzić sobie z jej załamaniem.
Przez kolejne lata próbowała zapomnieć o życiu, które zmuszona była zostawić, co wywoływało u niej jedynie silne ataki rozpaczy. Odcięła się od wszystkiego, ale miała coraz większe kłopoty z samą sobą. Obwiniała człowieka, który pod postacią bestii odebrał jej szczęśliwe chwile z rodziną. Zastanawiała się, dlaczego w zamian za chęć poprawienia sytuacji wilkołaków, spotkało ją takie cierpienie. Przez jej głowę przechodziło mnóstwo gwałtownych myśli, których później żałowała. Najgorszą z nich wszystkich była zdecydowanie ta, że może wcale nie opłacało się wyciągać ręki do potworów, skoro konsekwencje okazały się przekraczać wszelkie granice.
Wreszcie wylądowała w szpitalu, gdzie przez długi czas nikt nie potrafił odpowiednio do niej przemówić, aż w końcu tym razem to ktoś inny wyciągnął dłoń do niej i pomógł jej wyzdrowieć oraz uporać się z jej słabościami.
Dzięki leczeniu zrozumiała, że najważniejszą rzeczą było wybaczenie i właśnie do tego zaczęła dążyć małymi kroczkami. Do wybaczenia wilkołakowi, który ją zaatakował. Do wybaczenia sobie za te okrutne i mroczne myśli, które pojawiały się w najciemniejszych zakamarkach jej duszy. Do uzyskania wybaczenia od męża i córek, których zostawiła na trzynaście długich lat, ponieważ aż tyle czasu zajęło jej poradzenie sobie ze złośliwymi demonami przeszłości.
Jednym z najpiękniejszych momentów całej historii było z pewnością pojednanie rodziny. Obawa kobiety przed tym, że zostanie odrzucona wydawała się niemal namacalna, jednak to ostatnie strony sprawiły, że w gardle Remusa pojawiła się gula, a literki zamazywały mu się przed oczami podczas czytania.
Na koniec autorka opisała swoje spotkanie z wilkołakiem, który wbrew własnej woli dostarczył jej tyle cierpienia. Okazało się, że książka została napisana specjalnie dla niego, aby mógł poznać uczucia, jakie towarzyszyły kobiecie na przestrzeni lat, a przede wszystkim to najświeższe i zarazem najważniejsze – przebaczenie. Zapewniła go także, że powróci do swoich badań nad eliksirami i zrobi, co w jej mocy, żeby ułatwić przemiany jemu i jego pobratymcom.
Podczas czytania tej historii, Remusem targało tyle różnych emocji, że nie potrafiłby nawet tego opisać, a była jeszcze jedna rzecz, która dziesiątkowała każde z jego odczuć – mianowicie nazwisko autorki, czyli klucz do absolutnie każdej kłódki w szufladzie dotyczącej ostatniego zachowania Emily.
W tym momencie chłopak rozumiał wszystko.
Rozumiał, dlaczego blondynka zaczęła traktować go tak koszmarnie, kiedy dowiedziała się, że był wilkołakiem. Rozumiał, dlaczego wydawała się go wręcz nienawidzić. Rozumiał też, dlaczego nagle zmieniła swoje nastawienie i próbowała mu pomóc. Odpowiedź na każde z tych pytań znajdowała się w książce, którą trzymał właśnie na kolanach i której autorką była Esther Madile.

Staram się przekonać Emily i Elizabeth, że to moja wina. Że wilkołaki nie są groźne, jeśli się do nich nie zbliża w czasie pełni.
I jestem pewna, że skoro ja byłam zdolna do wybaczenia, dziewczynki także w końcu dojdą do tych samych wniosków.
Nie można przecież żyć nienawiścią, rozgoryczeniem i nieustannym oskarżaniem kogoś innego lub siebie. Trzeba wybaczyć. Wybaczyć nawet niewybaczalne, ponieważ może się okazać, że to „nie” jest furtką do czegoś więcej.
Furtką, która tylko czeka, aby ją otworzyć.

Tak brzmiały ostatnie zdania książki, które wywarły na nim piorunujące wrażenie. Były wyjątkowo mądre i chwytały go za serce za każdym razem, gdy je czytał. Najchętniej zachowałby ten egzemplarz dla siebie, ale dobrze wiedział, że nie miał takiej możliwości, ponieważ historia ta została wydana jedynie w czterech kopiach, z czego trzy trafiły kolejno do Emily, jej starszej siostry i ojca, a czwarta do wilkołaka, który był odpowiedzialny za prawie trzynaście lat ich cierpienia.
Poza tym to było coś... niebywale prywatnego. Coś, do czego nie powinien nawet mieć dostępu. Nie mógł uwierzyć, że blondynka postanowiła podzielić się z nim czymś tak osobistym.
Westchnął cicho i zatrzasnął ostrożnie książkę, kiedy nagle usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi. Szybkim ruchem wepchnął wolumin z powrotem pod poduszkę, zapominając o wcześniejszej delikatności, a potem pochylił się i udał, że zawiązuje buta.
– Nie ma Jamesa? – zapytał jakimś dziwnym głosem Syriusz, przez co chłopak poderwał głowę do góry.
Zlustrował go uważnym spojrzeniem i zauważył niepokojącą nerwowość w ruchach przyjaciela. Ostatnim razem zachowywał się w ten sposób o świcie w środę, kiedy to opierał się o podrapaną ścianę we Wrzeszczącej Chacie z wyrazem zrezygnowania na twarzy. Lupin, który dopiero kilkanaście minut wcześniej przybrał swoją ludzką postać, z początku nie potrafił niczego z niego wydusić, ale po jakimś czasie dowiedział się wszystkiego od załamanego wówczas chłopaka.
– Co się stało? – Chciał teraz wiedzieć, ale Black zawahał się, jakby nie był pewien, czy mógł mu się zwierzyć.
Remus w odpowiedzi na ten niewerbalny komunikat zacisnął mocno usta. Bez trudu dało się wyłapać subtelną różnicę między obecnym zachowaniem Syriusza od tego z chaty. Wtedy nie umiał znaleźć odpowiednich słów i samo myślenie o sytuacji z Melle sprawiało mu ból, natomiast w tej chwili...
W tej chwili zwyczajnie nie chciał rozmawiać z nim, tylko z Jamesem, co było dla niego jak uderzenie w brzuch. Remus nie zdążył jednak poczuć się bardziej dotknięty tym odkryciem, ponieważ brunet pokręcił gwałtownie głową, najwyraźniej odczytując myśli z jego twarzy.
– To nie tak – zaprzeczył szybko, drapiąc się po włosach i przymykając powieki. – Po prostu... Zrobiłem coś głupiego, a z was trzech to James jest na pierwszym miejscu w robieniu głupich rzeczy, więc...
– W porządku – przerwał mu Lupin, ku własnemu zdziwieniu oddychając cicho z ulgą. – Nie musisz mi się tłumaczyć – dodał, chociaż był mu wdzięczny za te kilka słów wyjaśnienia, które dodatkowo go uspokoiły. – W takim razie co się stało? – powtórzył łagodnie.
W odpowiedzi Syriusz westchnął tylko ciężko i przysiadł na jego łóżku z przygarbionymi ramionami. Wyglądał na zażenowanego, dlatego Remus zmarszczył brwi, a potem niepostrzeżenie wepchnął łokciem książkę od Emily głębiej pod swoją poduszkę.
– Opowiem ci, jeśli ty zaczniesz. – Black tymczasem postawił dość niezrozumiały dla niego warunek, który wprawił go w konsternację.
Przez chwilę Lupin rozważał nawet opcję, że jego przyjaciel upił się o siódmej rano, co rzeczywiście byłoby dosyć głupie, ale spojrzenie miał całkowicie przytomne i poważne, dlatego też wykluczył tę możliwość.
– Co zacznę? – zapytał po prostu, opierając plecy o drewnianą belkę, ponieważ minąłby chyba cały dzień, zanim odgadłby, o co mu właściwie chodziło.
– Tłumaczyć, co cię gryzie – odparł jak gdyby nigdy nic chłopak. – Daj spokój, przecież wszystko widzę – żachnął się, kiedy Remus pokręcił szybko głową zarumieniony z zawstydzenia.
Nie spodziewał się, że ktokolwiek zauważy jego nastrój, utrzymujący się od zakończenia czytania książki, ponieważ wydawało mu się, że bardzo dobrze się z tym ukrywał. W końcu zachowywał się zupełnie normalnie – swobodnie rozmawiał z przyjaciółmi i śmiał się z ich żartów. Nie mógł uwierzyć, że Syriusz dostrzegł coś więcej pod jego silną osłoną. Przecież miał wystarczająco dużo własnych kłopotów...
– To nic... – mruknął pod nosem, wpatrując się w zagniecenia na kołdrze. – Powiedz mi lepiej, co się stało – poprosił, ale kątem oka dostrzegł, że Black założył jedynie ramiona na torsie. – Chodzi o Melle? Coś nie tak z jej nogą?
Syriusz skrzywił się lekko, lecz zaprzeczył krótkim ruchem głowy i nadal nieugięcie czekał na wyjaśnienia, przez co Remus z frustracją zacisnął obie dłonie na kolanach i podniósł wzrok na przyjaciela, poddając się w końcu.
Nie dało się opisać słowami tych ułamków sekund, podczas których spojrzenie bruneta z pozornie obojętnego, zamieniało się na w pełni skupione. Trzeba to było po prostu zobaczyć. Ten moment, kiedy chłopak ściągał maskę „Nie chcesz, nie mów” i odsłaniał swoją prawdziwą twarz, na której wyróżniały się zaciekawienie oraz troska.
– Okej – przyznał niechętnie blondyn, po czym postanowił zwierzyć mu się z czegoś, co męczyło go w równym stopniu, jak sprawa z Emily. – Przeczytałem ostatnio książkę...
A potem opowiedział powoli, o czym była, pomijając oczywiście autorkę oraz fakt, że wszystkie wydarzenia miały miejsce naprawdę. Black słuchał go uważnie i ani razu mu nie przerwał, co tylko potwierdzało powagę tej rozmowy.
– ...i tak sobie myślę... Ryzyko jest coraz większe. Te Puchonki już dwa razy były w lesie podczas pełni i boję się... Boję się, że to się może skończyć...
Tragicznie. To słowo nie chciało przejść przez jego usta, ale kiedy wyrzucił z siebie całą resztę, poczuł się odrobinę lżej. Wziął głęboki oddech, co było jasnym sygnałem dla Syriusza, że nie miał nic więcej do dodania. Zamierzał jeszcze szybko dopowiedzieć coś w stylu „Teraz twoja kolej”, żeby nieco ożywić tę napiętą atmosferę, ale doszedł do wniosku, że byłoby to z jego strony zbyt niedojrzałe.
– Po co właściwie czytasz takie książki? – zapytał po dłuższej chwili ciszy Black, kręcąc głową, jakby nie potrafił tego pojąć. – Żeby się bardziej zdołować? Posłuchaj, nie musisz się niczego bać. Gdybyś nie zauważył, ostatnio byłem dla nich większym zagrożeniem od ciebie...
– Przestań! – przerwał mu Remus ze złością, która nagle i niespodziewanie zapłonęła w jego żyłach. – Dobrze wiesz, że to ja jestem dla was jedynym zagrożeniem. Dla was wszystkich!
Syriusz zmrużył groźnie oczy w odpowiedzi i pochylił się do przodu, a sprężyny w łóżku głośno zaskrzypiały.
– Ile jeszcze razy będziemy to wałkować? Wydaje ci się, że jesteśmy tacy głupi i nie znamy ryzyka? Myślisz, że po prostu szukamy adrenaliny? – Ostatnie słowa niemal wysyczał, przez co po plecach Lupina przebiegł nieprzyjemny dreszcz. – Uwierz mi, gdybym chciał się zabawić, znalazłbym o wiele lepsze sposoby od nielegalnej przemiany w animaga...
– Wiem! – warknął w odpowiedzi Remus dużo głośniej, niż planował, a potem zacisnął palce na nasadzie nosa i wypuścił powietrze ustami. – Wiem – powtórzył zdecydowanie łagodniej, kręcąc głową. – Przepraszam – westchnął i spojrzał w rozjaśnione oczy przyjaciela. – Ja zwyczajnie... Nie chcę, żeby spotkało was coś złego. Zrobiliście dla mnie tak dużo, że gdybym...
Przełknął powoli ślinę i mocno zacisnął powieki, obawiając się, że mogły pojawić się pod nimi łzy bezsilności. Najbardziej bolało go właśnie to, że nie potrafił odwdzięczyć się Huncwotom za dobroć, którą mu okazali, jednak jeszcze gorsza była możliwość jakiegoś poważnego wypadku w czasie pełni. Gdyby zrobił krzywdę któremuś z nich, prawdopodobnie załamałby się na o wiele dłużej niż trzynaście lat. Nie wybaczyłby sobie tego do końca życia.
– W porządku – powiedział cicho Syriusz. – Rozumiem, że się o nas martwisz i pewnie nigdy nie przestaniesz, ale zdajesz sobie przecież sprawę z tego, że robimy to dobrowolnie i nikt nas do niczego nie zmusza.
Remus pokiwał głową, a następnie ostrożnie otworzył oczy i spojrzał na chłopaka, siedzącego naprzeciwko. Na jednego ze swoich trzech najlepszych pod słońcem i księżycem przyjaciół. Tak bardzo żałował, że nie istniały słowa, które choć w jednej pięćdziesiątej oddałyby jego wdzięczność za to, że zawsze przy nim byli.
– A gdybym wydrapał ci oczy? Jak ten wilkołak z książki? – zapytał, z powrotem zaciskając dłonie na kolanach. – Co byś wtedy zrobił?
Spodziewał się jakiejś żartobliwej odpowiedzi w stylu „Cieszyłbym się, że nie muszę już więcej patrzyć na...”, gdzie w miejsce kropek pewnie mógłby wstawić tuzin różnych imion, ale Black zmarszczył brwi, jakby poważnie się nad tym zastanawiał. Wreszcie wzruszył jedynie ramionami i Remus był przekonany, że za chwilę obróci wszystko w dowcip, jednak tak się nie stało.
– Nic bym nie widział, więc mielibyśmy mały problem podczas kolejnych pełni – odparł po prostu, a Lupin poczuł się tak, jakby ktoś nagle usunął spod niego wygodne łóżko. – W najgorszym wypadku musielibyśmy spędzać je w chacie, ale i tak to James wykonuje największą robotę. Pewnie dalibyśmy sobie radę na zewnątrz, chociaż podejrzewam, że po pewnym czasie przestałbym lubić drzewa...
Powiedział to tak szczerze, że Remus przez dobrą chwilę siedział i gapił się na niego z niedowierzeniem, a kolejne fale ciepła ogarniały jego ciało, jakby ktoś wylał na niego wiadro wrzątku. Z trudem przełknął wielką kluchę w gardle i omal się nie rozpłakał, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze usłyszał.
Merlinie, czym zasłużyłem sobie na takich przyjaciół? – pomyślał ze wzruszeniem, a potem przytulił w krótkim, serdecznym uścisku niczego niespodziewającego się Syriusza, który w odpowiedzi poklepał go niezdarnie po plecach. Wcześniej Remusowi wydawało się, że nie istniały słowa, które choć w jednej pięćdziesiątej oddałyby jego wdzięczność, ale aktualnie ta liczba gwałtownie podskoczyła do części tysięcznych.
– Teraz mi opowiedz, co się stało rano – poprosił zachrypniętym głosem, zmieniając szybko temat, bo czuł, że jeszcze moment i naprawdę mógłby się rozpłakać.
W odpowiedzi Black zmarszczył czoło w grymasie, jakby zdążył już o tym zapomnieć, po czym bezwiednie podrapał się po nosie, ściągając usta na bok. Blondyn patrzył na niego przez dobrą chwilę, a kiedy zauważył stan jego dłoni, uniósł wysoko brwi ze zdziwienia.
– Pobiłeś się z kimś? – zapytał i chwycił go mocno za nadgarstek, powstrzymując tym samym przed próbą schowania ręki za plecami.
Przyjrzał się jego zaczerwienionej skórze i podłużnej ranie, biegnącej między kostkami palca wskazującego a środkowego. Wyglądała dość nieprzyjemnie i faktycznie taka była, ponieważ kiedy Syriusz zacisnął pięść, próbując wyrwać ramię z jego uścisku, syknął tylko cicho z bólu.
– Poczekaj, mam na to jakąś maść – poinformował go Remus, a potem wstał z łóżka i klęknął na podłodze przy najniższej szufladzie szafki nocnej. – Pani Mallory zawsze daje mi tego pełno... Trzymaj.
Podał mu mały słoiczek z kremem na zadrapania oraz niewielkie rany, zaś Black uśmiechnął się kącikiem ust z wdzięcznością, po czym odkręcił wieczko i powąchał zawartość, jakby dzięki temu mógł ocenić jej przydatność. Najwyraźniej zapach nie był najgorszy, ponieważ nabrał trochę maści na palec i ostrożnie wtarł ją w kostki prawej dłoni.
– Jest mi teraz koszmarnie głupio – przyznał niewyraźnie, smarując piekącą ranę z przymkniętymi oczami. – To był przypadek i wyszedłem na takiego idiotę, że szkoda gadać – westchnął ciężko, a potem wyciągnął rękę przed siebie, żeby zobaczyć, czy było już widać jakieś efekty.
Lupin w tym czasie zdążył usiąść z powrotem na swoim miejscu i spojrzał na niego z wyczekiwaniem ciągu dalszego, ponieważ nic nie rozumiał. Jakim cudem mógł kogoś pobić przypadkiem? Czy coś takiego było w ogóle możliwe?
– Chłopak Melle pocałował Tinę na korytarzu przed Wielką Salą... – wytłumaczył powoli Syriusz, a Remusowi szczęka opadła niemal do podłogi. – I, no wiesz, trochę się wściekłem. Uderzyłem go i zacząłem wrzeszczeć na niego i na Tinę, ale w porę mi przerwali, bo okazało się, że to oni ze sobą chodzą. Uwierzysz w coś takiego? – zapytał z wydętymi ze złości ustami, co stanowiło bardzo komiczny widok. – Aż mną wstrząsa, kiedy pomyślę, jak głupio musiałem wtedy wyglądać. A potem... Z czego się śmiejesz?
Remus pokręcił głową, zagryzając policzki od środka i próbując zachować powagę. Wyobraził sobie całe zajście, przez co nie potrafił powstrzymać się od stłumionego chichotu.
– Przepraszam – powiedział szybko, wziąwszy głęboki oddech. – Mów dalej.
Syriusz patrzył jednak na niego przez chwilę, po czym sam się uśmiechnął, jakby dopiero teraz zobaczył komizm całej tej sytuacji.
– Stałem tam jakiś czas, a później rzuciłem tylko „sorry” i uciekłem – dokończył, parskając śmiechem. – Pewnie wzięli mnie za wariata. W sumie powinienem zacząć coś podejrzewać, kiedy Tina stwierdziła, że mnie porąbało, ale nie wpadłem na to, że miała do tego jakiś powód.
– Wiesz, myślę, że ludzie przeważnie nie mówią takich rzeczy bez powodu – zaśmiał się Remus i otarł łzy rozbawienia z kącików oczu. – I nie masz się czym przejmować. Przecież sam mówiłeś, że Melle zachowywała się na tym szlabanie, jakby był jej chłopakiem. To normalne, że tak zareagowałeś.
W odpowiedzi Black uśmiechnął się jeszcze szerzej i pokiwał gorliwie głową, najwidoczniej ciesząc się, że coś takiego usłyszał.
– Właśnie! – potwierdził energicznie. – Nawet nie zaprzeczyła, kiedy nazwałem ich wtedy parą. To wszystko jej wina – wywnioskował spokojnym głosem i wyraźnie się rozluźnił. – Dzięki – dodał jeszcze, rzucając słoiczkiem z maścią w jego stronę, ale Remus wiedział, że chodziło mu także o te kilka słów pocieszenia.
Nigdy nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, że Syriusz w jednym krótkim „dzięki” potrafił zawrzeć tak wiele, a jemu zawsze brakowało wystarczającej ilości słów. Tym razem także nie dane mu było rozwiązać tej zagadki, bo chwilę później do dormitorium wszedł James, który, jak się okazało, wracał właśnie ze śniadania. Wyglądało na to, że akurat minęli się z Syriuszem, za co Lupin powinien być wdzięczny, ponieważ gdyby spotkali się na korytarzu, Black nie przyszedłby do dormitorium, a ich rozmowa pewnie nigdy nie miałaby miejsca.
Uśmiechnął się pod nosem, kiedy brunet wstał z jego łóżka i zaczął opowiadać Potterowi tę samą historię o pobiciu chłopaka Tiny, jednak teraz mówił radośniejszym i rozbawionym głosem, co cieszyło Remusa, ponieważ po części było to chyba jego zasługą.
Przynajmniej w ten sposób mógł wyrazić tę jedną tysięczną swojej wdzięczności – starając się odpowiadać na pomoc tym samym.
I najwyraźniej mu to wychodziło, skoro mimo wszystko nadal chcieli się z nim zadawać, chociaż od zawsze podejrzewał, że przyjaźń z chłopakami była darem dobroci od Merlina. Przekonał się o tym jeszcze mocniej, kiedy tego wieczora znalazł na swojej szafce nocnej stos książek z fioletową karteczką przyklejoną do pierwszej z nich.

Żebyś nie musiał więcej czytać dołujących historii o wilkołakach-potworach.

Lupin zmarszczył wówczas brwi i odkleił liścik, aby móc dojrzeć tytuł pod spodem. „Wilkołak, a jednak człowiek”. Uśmiechnął się, po raz kolejny tego dnia przełykając nabrzmiałą gulę w gardle. Przejrzał powoli pozostałe tytuły, z których każdy przedstawiał likantropię w pozytywnym świetle, a potem pokręcił głową z niedowierzeniem i zerknął na Syriusza i Jamesa, którzy teraz rozmawiali o czymś swobodnie, śmiejąc się i żartując, jakby wcale nie spędzili prawie całej niedzieli w bibliotece na szukaniu książek, mogących poprawić mu nastrój. Jakby to było zupełnie normalne.
I dla nich, istotnie, było.
Dlatego też Remus nie myślał już o jednych pięćdziesiątych ani tysięcznych, ponieważ to nadal wydawało się za mało. Uświadomił sobie jednak, że tylko dla niego, gdyż oni doskonale znali zakres jego wdzięczności i wcale nie oczekiwali żadnych jej deklaracji.
Dokładnie za to ich uwielbiał. Za to i za milion innych rzeczy, których nie byłby w stanie wymienić.
Ale czy to nie na tym właśnie polegała przyjaźń?
***
– Nadal nie mogę uwierzyć w to, że dał ci coś takiego – powiedziała po raz kolejny Natt, a jej zmarszczone brwi niemal zetknęły się z rzęsami.
Dziewczyny siedziały w Wielkiej Sali od kilkunastu minut, jednak na razie zdążyły jedynie nałożyć placki ziemniaczane na talerze, ponieważ Natalie wróciła do tematu, który od wczorajszego popołudnia poruszyły już wielokrotnie. W tym momencie powoli przesuwała palcami po zawieszkach na bransoletce przyjaciółki, przypatrując się każdej z osobna, i co chwilę kręciła głową, jakby cały czas odkrywała w nich coś nowego.
– Dobra, uspokój się już – skarciła ją Lily, próbując zabrać nadgarstek z jej uścisku – bo jak tu zaraz przyjdzie i zobaczy, co wyprawiasz, pomyśli o mnie... jakieś... rzeczy – dokończyła bez ładu i składu, dlatego przybrała groźną minę, aby dodać swojej wypowiedzi powagi.
Głośny wybuch śmiechu Natalie, który ściągnął na nie wzrok przynajmniej tuzina Gryfonów, najwyraźniej oznaczał, że zupełnie jej to nie wyszło, przez co sama uśmiechnęła się z rozbawieniem.
– Okej, to chociaż mnie puść – poprosiła i spojrzała na talerz z plackami ziemniaczanymi. – Nie słyszysz jak głośno burczy mi w brzuchu?
– Myślałam, że zbliża się burza – odparła ironicznie Optone, ale na szczęście spełniła w końcu jej polecenie, po czym chwyciła za swój widelec, aby także zacząć jeść obiad. – Tylko coś mi właśnie nie pasowało, bo przecież niebo wygląda w porządku – dodała, podnosząc brodę do góry, za co Evans szturchnęła ją łokciem w bok.
– Burzę to akurat robisz ty – sprostowała, przewracając oczami. – Z powodu trzech małych zawieszek... A właściwie dwóch...
– Jednej – poprawiła ją szybko Natalie. – To z tą jedną jest największy problem i dobrze o tym wiesz...
Evans w odpowiedzi wepchnęła jedynie do ust pół placka ziemniaczanego, ale kątem oka mimowolnie spojrzała na bransoletkę na swoim nadgarstku. Od świąt aż do poprzedniego popołudnia było na niej tylko pięć zawieszek, przedstawiających Natt oraz każdego z Huncwotów, jednak w tej chwili mogła dostrzec trzy nowe, odznaczające się swoim połyskiem na tle pozostałych.
Trzy nowe zawieszki, które James wręczył jej zaraz po tym, jak zachował się tak sympatycznie względem młodszego ucznia.
Trzy nowe zawieszki, które podzwaniały rytmicznie na jej ręce i przypominały o tym, że Potter naprawdę zasługiwał na szansę.
Pierwsza z nich była wprawdzie zupełnie niegroźna, ponieważ przedstawiała Gabie. Z wyjaśnień Jamesa wynikało, że dziewczyna ogromnie się zdenerwowała, kiedy usłyszała, że nie została uwzględniona na bransoletce, której głównym celem było pokazanie, na kogo Lily zawsze mogła liczyć. Podobno Gabriele nawrzeszczała na chłopaków, czując się urażona tym, że pomyśleli wyłącznie o sobie i o Natt, a jej nie zakwalifikowali do tego grona, mimo że ona także wsparłaby Evans w każdej sytuacji. Huncwoci bez gadania przyznali jej rację i jeszcze tego samego dnia wspólnymi siłami zaczęli się zastanawiać, co mogłoby być przedmiotem symbolizującym brunetkę. Po długich naradach udało im się ustalić, że będzie to... kawałek pizzy. Właściwie to Syriusz wpadł na ten pomysł, podsuwając trop jej włosko brzmiącego nazwiska, a reszta zgodnie uznała, że faktycznie była to najlepsza ze wszystkich propozycji – jednocześnie zabawna i trafna, ale, co najważniejsze, przypominająca, że Lily miała wokół siebie wiele życzliwych osób, na których mogła polegać...
– ...w dodatku posłużył się mną jak jakimś szpiegiem – powiedziała w tej chwili Natt, więc Lily przeniosła na nią zamglony wzrok.
Tutaj także musiała przyznać jej rację, ponieważ James poprosił ją o informacje, a później bez jej wiedzy wykorzystał je do stworzenia pozostałej części prezentu. To chyba irytowało szatynkę najbardziej – że została wplątana w coś, z czego nawet nie zdawała sobie sprawy. Była naprawdę zła na Pottera, że nie zdradził jej swoich planów, chociaż na niewiele by się jej to wtedy zdało, ale przynajmniej wiedziałaby, w co się pakuje. Nie podejrzewała wówczas, że spełniając zwykłą koleżeńską przysługę, przysporzy Evans jeszcze więcej wątpliwości i wyrzutów sumienia.
James chciał po prostu, żeby zadała przyjaciółce dwa pytania, a potem przekazała mu odpowiedź. Brzmiało zwyczajnie i Natt nawet nie przeszło przez myśl, do czego potrzebne były mu te informacje. Dlatego też zgodziła się bez dłuższego wahania, a jej dwa błahe pytania przerodziły się w dwie ciężkie zawieszki, mocno dające znać o zaangażowaniu, zaciętości i... dojrzałości chłopaka.
Lily pamiętała tamtą rozmowę z Natt co do słowa. Miała ona miejsce dokładnie dwa dni temu, gdy siedziały same w dormitorium i szykowały się do wyjścia na piątkowe zajęcia. Optone, pospieszana przez przyjaciółkę, bazgrała jeszcze na kolanie kilka zdań kończących esej z zaklęć, a kiedy wrzucała pergamin do torby, z jej ust padło swobodne:
– Z czym ci się kojarzy Will?
Evans wzruszyła wówczas ramionami, zgarniając włosy do kitki, po czym odpowiedziała pierwszymi słowami, które przyszły jej na myśl – „z ciepłem i spokojem”, ponieważ to właśnie czuła, przebywając w jego towarzystwie.
– Hm... Jeśli ciepło uznamy za Ognistą Whisky, a spokój za pokój wspólny Krukonów, w którym całował się z Julie, można by powiedzieć, że jesteśmy telepatycznie połączone – zażartowała Natalie, zarzuciwszy pasek od torby na ramię. – Spróbujmy w drugą stronę... Z czym kojarzy mi się Chris? – Postukała się po brodzie, ale po chwili wzruszyła jedynie ramionami, podobnie jak wcześniej jej przyjaciółka. – W sumie ciężko stwierdzić...
W tamtym momencie przez głowę Lily przeszło mnóstwo różnych słów kluczy związanych z Christianem: Azyl, słodycz, zapach cytryn, jednak wybrała coś innego. Coś bardziej ogólnego i zarazem pasującego do jej wyobrażenia chłopaka.
– Mnie się kojarzy ze słońcem – wyszeptała z zamkniętymi oczami i delikatnym uśmiechem na twarzy.
Ze słońcem, poczuciem bezpieczeństwa i dobrocią, ale jeśli miała być szczera, także z rozdarciem, współczuciem oraz smutkiem. Kojarzył jej się z chorobą, krwią i czerwonymi białkami. Kojarzył jej się ze łzami, rozpaczą i wątpliwościami, z wyrzutami sumienia i niepewnością.
Nie powiedziała tego wszystkiego na głos, dlatego też w tej chwili na jej bransoletce błyszczały zawieszki w kształcie trójkątnego kawałka pizzy, ogniska oraz słońca, symbolizujące kolejno Gabriele, Willa i Chrisa.
Ta ostatnia oznaczała jednak coś więcej, coś dużo, dużo więcej, jak zdążyła już zauważyć Natt. Potter dokonał czegoś niebywałego, ponieważ wlał w zwykły kawałek metalu prawdziwe uczucie. Uczucie, którym Lily darzyła Christiana i którym on darzył ją, lecz nie tylko.
Srebrne słońce, nie większe od paznokcia, przedstawiało przede wszystkim uczucia Jamesa, a Evans po raz pierwszy widziała je tak wyraźnie.
– Wiesz, Lils, że za nim nie przepadam – kontynuowała Natalie, marszcząc charakterystycznie nos – ale nawet ja muszę przyznać, że to... robi wrażenie. On tak bardzo się stara, tak bardzo mu zależy... – Spojrzała znowu na jej bransoletkę i chwyciła zawieszkę w kształcie słońca między dwa palce. – A patrząc na to, nie zdziwiłabym się chyba, gdyby postanowił wynaleźć lekarstwo na chorobę Chrisa, żeby cię tylko uszczęśliwić – dodała ciszej, po czym cofnęła dłoń, sięgając po szklankę z sokiem dyniowym.
Lily w odpowiedzi zacisnęła usta i powoli wypuściła przez nie powietrze.
– Dlaczego nie mógł się tak zachowywać zanim poznałam Christiana? – zapytała z frustracją do całego świata, który ciągle rzucał jej kolejne kłody pod nogi.
– Może tak było, tylko tego wtedy nie zauważałaś? – podsunęła Natt, na co Evans mruknęła coś niewyraźnie pod nosem i ze zmęczeniem oparła policzek na dłoni.
Właściwie od pierwszej klasy widziała, co robił dla swoich przyjaciół, ale nie chciała dopuścić tego do siebie, ponieważ miała wrażenie, że wręcz nie powinna o nim dobrze myśleć. W końcu tak bardzo upokarzał Severusa, znęcał się nad nim, szkalował go przy innych uczniach, wyglądając przy tym na dumnego z siebie. Tyle razy powstrzymywała łzy, cisnące się jej do oczu, kiedy widziała, że znowu robili sobie z niego żarty. Tyle razy stawała w jego obronie, prosiła Huncwotów, żeby dali mu spokój i pocieszała Ślizgona po każdej takiej sytuacji, wmawiając mu, że nie warto się nimi przejmować.
Aż wreszcie role się odwróciły.
Już na drugim roku Lily oddaliła się od Snape’a, ponieważ ten wkupił się w towarzystwo osób o wiele gorszych od Huncwotów. Zaczął fascynować się czarną magią i coraz częściej namawiał ją, aby także się tym zainteresowała. O niektórych rzeczach mówił wręcz fanatycznie, przez co Evans próbowała go od tego odciągnąć i przez pewien czas wydawało jej się nawet, że robiła to całkiem skutecznie.
Pod koniec piątej klasy okazało się jednak, że Severus nigdy tak naprawdę nie chciał jej pomocy. Kiedy z nieprzeniknionym spojrzeniem nazwał ją szlamą, głosem tak lodowatym, że całkowicie ją oszołomiło, już wiedziała, że straciła go bezpowrotnie.
To wtedy po raz pierwszy zdarzyło się coś, co zapoczątkowało powolną zmianę jej zdania o sto osiemdziesiąt stopni.
James stanął w jej obronie.
Chłopak, który dla żartów podwieszał ludzi za kostkę pod sufitem, wściekł się i obronił ją przed krzywdzącymi słowami jej najlepszego przyjaciela. Zarzekał się wówczas, że nigdy nie nazwałby jej w ten sposób, a ona mu uwierzyła. Uwierzyła mu, ponieważ był naprawdę wzburzony. Uwierzyła mu, ponieważ wyraz szlama nie potrafił nawet przejść przez jego gardło.
Właśnie wtedy doszła do wniosku, że dokładnie tak powinien zareagować na podobną obrazę prawdziwy przyjaciel.
Zamiast być jej źródłem.
I chociaż Snape przepraszał ją później przynajmniej trzydzieści razy, nie potrafiła zapomnieć o tym błysku satysfakcji, który dostrzegła w jego oczach, gdy w końcu wyrzucił z siebie całą niechęć do jej mugolskiego pochodzenia.
Teraz już wiedziała, że niemądre żarty Huncwotów były nieporównywalne z tym, do czego dążył Severus. Wiedziała, że w którymś momencie James stał się bardziej dojrzały emocjonalnie. Wiedziała, ile dla niego znaczyła przyjaźń i jak dużo zrobił dla Remusa. Wiedziała, że traktował Syriusza jak brata i podzielił się z nim nawet własną rodziną. Wiedziała, że był naprawdę dobrym człowiekiem, a przede wszystkim, że nigdy by jej nie skrzywdził...
– O czym tak dumasz? – zapytała Natt, wyrywając ją z zamyślenia poprzez machnięcie dłonią przed jej twarzą. – No nie. Nie mów, że znowu gadałam do ciebie na darmo – jęknęła z rezygnacją, po czym zachichotała cicho z bezsilności. – Matko, nienawidzę, kiedy mi to robisz.
Lily posłała jej przepraszający uśmiech, a potem rozejrzała się powoli po sali, wyciągając szyję i szukając wzrokiem Jamesa. Kiedy nie dostrzegła nigdzie ani jego, ani pozostałych Huncwotów, przygarbiła z powrotem ramiona i pochyliła się w stronę przyjaciółki.
– Powiedziałam mu wczoraj, że gdybym nie była z Chrisem... To... No wiesz – dokończyła z zawstydzeniem, a oczy Natalie rozszerzyły się szeroko ze zdziwienia. – I teraz jest mi głupio, bo to wygląda tak, jakbym dawała mu szansę, a przecież...
– Ty dałaś mu szansę, Lils – poprawiła ją Natt z naciskiem. – Musisz napisać wszystko Christianowi, słyszysz? Potem będzie już na to za późno...
Evans wygięła kąciki ust w dół, czując ścisk w żołądku na samą myśl o możliwości wysłania chłopakowi takiego listu, ale nie zdążyła już nic odpowiedzieć, ponieważ na jej talerzu wylądowała duża sowa brunatna. Miała niewielką białą plamkę pomiędzy oczami i wyglądała na pewno bardzo majestatycznie, jednak to przesyłka ściągała na siebie największą uwagę. Kiedy Lily zobaczyła bukiet kwiatów wielkości skrzata domowego, zaparło jej dech w piersiach...
I to dosłownie, ponieważ zaczęła się dusić, zasłaniając nos i usta dłonią.
Nie widziała niemal niczego przez załzawione powieki, ale usłyszała jeszcze głośne przekleństwo Natt, a po chwili wiązanka lilii zniknęła ze stołu, najwyraźniej zrzucona przez przyjaciółkę na podłogę. Evans w tym czasie panicznie próbowała zaczerpnąć oddechu, czując się tak, jakby ktoś z całej siły zacisnął palce na jej nosie. Po jej policzkach pociekły łzy, więc pochyliła się do przodu, żeby jak najbardziej oddalić się od kwiatów.
– W porządku, Lils – mówiła stłumionym głosem Natalie, co ledwo dotarło do zatkanych uszu jej przyjaciółki. – Oddychaj. Spróbuj oddychać.
A co właśnie robię?! – miała ochotę krzyknąć i dosłownie w tej samej chwili poczuła, że jej przegroda nosowa się odblokowała. Oparła więc plecy o ramię Natt, po czym zaczęła gwałtownymi haustami wciągać powietrze do płuc, przyciskając drżącą dłoń do gardła. Zamknęła szczypiące oczy, które nadal łzawiły, i szybkimi ruchami otarła mokre policzki, żeby nie zwracać na siebie większej uwagi, chociaż była pewna, że jej „atak” widziała prawdopodobnie każda osoba znajdująca się w pomieszczeniu.
– Co się dzieje, panno Evans? – Usłyszała za sobą zdenerwowane pytanie profesor McGonagall, jednak nie miała siły odpowiedzieć, w czym na szczęście wyręczyła ją Natt.
– To uczulenie, ale sytuacja jest już opanowana – wyjaśniła z ulgą, a Lily uchyliła ostrożnie powieki i pokiwała głową na potwierdzenie tych słów.
Nauczycielka zmierzyła dziewczynę długim zaniepokojonym spojrzeniem, a potem przeniosła wzrok na bukiet lilii rozpłaszczony na posadzce. Najwyraźniej doszła do wniosku, że sytuacja rzeczywiście nie była już niebezpieczna, dlatego poradziła jeszcze, aby Evans w razie czego udała się do pielęgniarki, i odeszła z powrotem do stołu nauczycielskiego, upominając po drodze kilkunastu uczniów, którzy nadal gapili się na Gryfonkę.
W tym czasie Natalie wstała z ławy i schyliła się, żeby wyciągnąć liścik spomiędzy białych kwiatów, po czym machnęła różdżką, a bukiet w mgnieniu oka rozpłynął się w powietrzu. Zmarszczyła brwi i usiadła obok Lily, podając jej malutką kopertę, ale dziewczyna pokręciła tylko głową, ponieważ łzy zajmowały niemal całe jej pole widzenia.
– Przeczytaj mi – poprosiła, ocierając powieki wierzchem dłoni.
Natt wyciągnęła więc małą karteczkę ze środka i zapoznała się z jej treścią z zaciekawieniem, które powoli przerodziło się w zdziwienie, a później złość. Posłała przyjaciółce pełne wyrzutu spojrzenie i wcisnęła liścik pomiędzy jej palce.
– Na Merlina, jak mogłaś mu nie powiedzieć, Lils?
– Od kogo to? – zapytała tymczasem Evans, chociaż już domyślała się odpowiedzi.
Zamrugała szybko i zbliżyła karteczkę do twarzy, ale zanim udało jej się przeczytać pierwsze słowo, Natalie zdążyła się odezwać.
– Od Chrisa, a od kogo? Czemu, do diabła, nie powiedziałaś mu, że jesteś uczulona na lilie? – powtórzyła, kręcąc głową z niedowierzeniem. – Wyobrażasz sobie, jak się przestraszyłam?
Lily chrząknęła cicho, co miało oznaczać potwierdzenie, a potem odgarnęła włosy z gorących policzków.
O jej alergii na lilie wiedziało dokładnie pięć osób: jej rodzice, Petunia, Natt i Severus, który przekonał dziewczynę, żeby zachowała tę informację wyłącznie dla siebie, ponieważ było to coś tak wyjątkowego, że powinna się nią dzielić jedynie z wybranymi osobami. I tak właśnie robiła – w pierwszej klasie powiedziała o tym tylko Natalie, a potem... po prostu nie czuła takiej potrzeby. Chrisowi zafundowała jak dotąd połowę tajemnicy, ale i tak nie przypuszczała, że mógłby podarować jej w prezencie te kwiaty.
– Mówiłam mu, że ich nie lubię – mruknęła pod nosem i zmrużyła oczy, aby wyostrzyć wzrok.
Po raz kolejny podniosła wyżej karteczkę dołączoną do bukietu, a następnie powoli odczytała wiadomość, ściągając czoło w złym przeczuciu.

Nawet najpiękniejsza lilia w końcu więdnie.
Chris

– Że ich nie lubisz? – powtórzyła w tym czasie Natt, niemal prychając. – Całkiem zwariowałaś? Ja nie lubię pisać wypracowań, ale to nie znaczy, że mogą mnie zabić...
Była naprawdę wściekła i Lily wcale jej się nie dziwiła, bo niewiele brakowało, a przez jakiś głupi bukiet kwiatów straciłaby najlepszą przyjaciółkę. Dlatego też pozwoliła jej wyrzucić z siebie złość, jednak przestała słuchać jej pouczeń, skupiając się na kilku słowach nabazgranych przez Christiana.
Co to niby miało znaczyć?
Spojrzała na Natalie i przez chwilę usilnie próbowała przypomnieć sobie swoją rozmowę z Chrisem na temat lilii. Chciała wiedzieć, co dokładnie mu powiedziała, więc zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czy siedzieli wtedy w Azylu. A może to było w Hogsmeade? Albo...
Wyprostowała się gwałtownie, kiedy przed oczami zobaczyła tamtą sytuację. To było zaraz przed świętami. Mieli mnóstwo zaległości ze wszystkich przedmiotów i chcieli je nadrobić przed powrotem do domu, dlatego szli do biblioteki jakimś tajnym przejściem, mocno trzymając się za ręce, a chłopak nagle zapytał ją o jej ulubione kwiaty. Odparła wówczas, że nie znosi lilii, czym wprawiła go w konsternację, ponieważ nie wiedział, czy mówiła poważnie, czy tylko żartowała.
– Na serio – potwierdziła, kiwając energicznie głową. – Jeśli kiedyś ci się znudzę, po prostu daj mi bukiet lilii.
Blondyn w odpowiedzi zaśmiał się cicho, a potem chwycił ją za ramiona, żeby się zatrzymała. Pamiętała, że jego oczy w świetle padającym z końca różdżki wydawały się jeszcze ciemniejsze i przypominały kolorem niebo w czasie burzy. Pamiętała też, że wstrzymała oddech, kiedy pochylił się nad nią i położył dłonie na jej policzkach. W tamtym momencie uśmiechnął się jednym z tych uśmiechów, które wlewały ciepło do jej klatki piersiowej.
– Chyba prędzej umrę, niż to się stanie – wyszeptał całkiem poważnie, po czym pocałował ją tak mocno, że jeszcze kilkanaście minut później, gdy wchodzili do biblioteki, czuła dotyk jego warg na swoich.
Pamiętała to wszystko teraz, ale wcześniej, na Merlina, o tym zapomniała.
Zapomniała o jego pocałunku w stu procentach przepełnionym uczuciem. O jednym z ich najpiękniejszych pocałunków.
Zagryzła usta ze złości na samą siebie. Chris był dla niej zbyt dobry, zbyt wyrozumiały... Zacisnęła powieki, które przestały w końcu łzawić i jeszcze raz odtworzyła głos chłopaka we własnej głowie.
Prędzej umrę, niż to się stanie.
A potem nagle zamarła i otworzyła gwałtownie oczy, z przerażeniem ściskając karteczkę od Christiana w prawej dłoni.
Daj mi bukiet lilii.
Prędzej umrę.
Umrę...
Lily wydała z siebie jakiś zduszony odgłos, po czym na chwiejnych nogach wstała z ławy, ignorując pytania Natt. Rozejrzała się dookoła, nie zauważając praktycznie żadnych szczegółów, aż w końcu jej wzrok padł na drzwi wejściowe, w których właśnie pojawił się blady jak ściana Will.
O matko, pomyślała Evans, kręcąc głową coraz bardziej histerycznie.
– Co się...? – zaczęła Natalie, lecz Lily zaczęło huczeć w uszach tak głośno, że nie usłyszała jej dalszych słów.
Rzuciła się w stronę chłopaka i dobiegła do niego, prawdopodobnie bijąc po drodze niejeden rekord prędkości. Zatrzymała się przed nim niemal bez oddechu, a potem zacisnęła drżące dłonie na materiale jego bluzy.
– Will? – zapytała nieswoim głosem. – Czy... czy stało się coś... złego? – wydusiła z trudem, obserwując jego blade policzki i podkrążone oczy.
Modliła się o to, żeby się uśmiechnął. Żeby machnął ręką i powiedział, że po prostu się nie wyspał. Żeby zaprzeczył, do diabła, zwyczajnie zaprzeczył. Tylko tego chciała! Czy prosiła o zbyt wiele?
Krukon spojrzał na nią powoli i chwycił ją pod łokcie, ponieważ zaciskała dłonie na zamku jego bluzy tak mocno, że pobielały jej kostki.
– Skąd wiesz? – odparł jedynie ze zmarszczonymi brwiami, zagrzebując tym samym wszystkie jej nadzieje, jedną po drugiej.
Nawet nie poczuła, że ugięły się pod nią kolana, dopóki nie uderzyła czołem w tors zaskoczonego Willa, któremu z trudem udało się przytrzymać ją w pionie. Nie miała pojęcia, czy to w Wielkiej Sali zapadła cisza, czy po prostu ogłuchła, jednak w tamtym momencie niewiele ją to obchodziło. Oprócz wszechogarniającego przerażenia, nie docierało do niej kompletnie nic.
Przecież... Chris po prostu nie mógł teraz umrzeć. Nie, to niemożliwe. Musiałby nie mieć serca, żeby poprosić kogoś o wysłanie do niej lilii po jego śmierci. Nigdy nie pozwoliłby na to, aby dowiedziała się w taki sposób. Poza tym na pewno by coś poczuła. Na pewno...
W oczach zebrały jej się łzy, kiedy uświadomiła sobie, że bohaterowie w czytanych przez nią książkach też zawsze tak myśleli, ale potem okazywało się, że rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Christian mógłby zginąć w każdym momencie, a ona nie zdawałaby sobie z tego sprawy, dopóki ktoś by jej o tym nie poinformował.
Mógł zginąć wczorajszego popołudnia, gdy zapewniała Jamesa, że gdyby nie chodziła z blondynem, miałby u niej szansę.
Mógł zginąć we wtorek, kiedy praktycznie o nim zapomniała i niemal pocałowała Pottera w jego dormitorium...
Od tych okropnych myśli gwałtownie pociemniało jej przed oczami, zaś Johnson zaklął cicho pod nosem, co jakimś cudem dotarło do jej uszu, i objął ją w talii, ciągnąc do drzwi, aby mogła się o coś oprzeć. Poczuła tylko, że przycisnął ją do jakiejś ściany, a po dłuższej chwili stwierdziła, że chyba musieli wyjść na dwór, ponieważ chłodne powietrze nagle owiało jej napuchniętą od alergii twarz.
Chłopak coś do niej mówił, ale z ciągu jego słów wyłapywała jedynie siarczyste przekleństwa, które w tym momencie przetaczały się także przez jej myśli. Przycisnęła obie dłonie do uszu, próbując pozbyć się z nich uciążliwego dudnienia.
To musiał być sen, zły koszmar. Jeśli wystarczająco by się skupiła, udałoby jej się obudzić, a wtedy wszystko byłoby w porządku. Zacisnęła mocno powieki, jednak już po chwili otworzyła je, mrugając gwałtownie, ponieważ Johnson potrząsnął nią jak grzechotką. Ze złością spróbowała odepchnąć od siebie jego ręce, gdyż wcale jej nie pomagał. Czuła się przez niego coraz gorzej...
– Merlinie, o czym ty mówiłaś? – Gorączkowy głos Willa dobiegł do niej dopiero wraz z delikatnym uderzeniem w policzek, które podziałało na nią jak pokrętło pogłaśniające dźwięk. – O Chrisie? Lily, mówiłaś o Chrisie?
Powiodła wzrokiem za jego rozszerzonymi ze strachu źrenicami i kiwnęła powoli głową, z trudem przełykając ślinę, ponieważ nie była w stanie się odezwać.
– Nic mu nie jest – wyrzucił z siebie błyskawicznie, kiedy tylko zauważył, że zaczęła przytakiwać. – Bardzo, bardzo cię przepraszam. Myślałem, że chodziło ci o mnie. Matko, gdybym wiedział, że mówisz o Chrisie...
Zmarszczyła czoło, z opóźnieniem przetwarzając nowe informacje. A więc była jeszcze jakaś nadzieja, której uczepiła się niczym deski ratunkowej.
– Nic... mu nie jest? – powtórzyła słabym głosem, chcąc uzyskać potwierdzenie.
Will wyglądał na autentycznie przerażonego tym nieporozumieniem, dlatego napięcie powoli zaczęło schodzić z jej ramion. W głębi duszy wiedziała, że szatyn nie mógłby kłamać w takiej sprawie, ale musiała usłyszeć to raz jeszcze. W myślach błagała, żeby jego słowa okazały się być prawdą.
– Tak. Tak, wszystko z nim w porządku – zapewnił szybko, a dziewczyna osunęła się po ścianie z ulgi i ukryła twarz w dłoniach. – Naprawdę przepraszam, to było ogromnie głupie z mojej strony – dodał ciszej, kucając obok niej i przytulając ją mocno do siebie.
Lily miała wrażenie, że jej serce dopiero teraz zaczęło bić z powrotem, przez co krew pulsowała w jej żyłach w przyspieszonym tempie. Odchyliła głowę do tyłu i uniosła brodę do góry, oddychając ciężko zimowym powietrzem. Minęło prawdopodobnie kilkanaście minut, zanim w pełni odzyskała kontrolę nad własnym głosem, a w tym czasie Will dosłownie zgniatał dziewczynę w coraz mocniejszym uścisku, ponieważ musiał czuć się okropnie z myślą, że przez przypadek doprowadził do tak koszmarnej pomyłki.
– To... moja wina – wyszeptała w końcu, kiedy po raz kolejny przeprosił ją zduszonym głosem z głową przyciśniętą do jej ramienia. – Nie przejmuj się tym... Najważniejsze, że nic mu się nie stało – dodała z wyraźną ulgą. – Ja... Spanikowałam, bo wysłał mi bukiet lilii, a obiecał, że prędzej... umrze – wyjaśniła powoli, krzywiąc się przy tym słowie – niż to zrobi.
Johnson powoli odsunął się od dziewczyny, podskakując lekko na zdrętwiałych nogach, a potem przejechał dłonią po twarzy i usiadł ciężko na schodach. Miał tak smutną minę, że Lily przysunęła się do niego, kiedy opierał się ze zmęczeniem o kamienny mur zamku.
– Jesteś na nie uczulona? – zapytał, unosząc brwi, na co Evans przytaknęła niepewnie ze zdziwieniem, że tak szybko się zorientował. – Masz całkiem czerwone oczy i... Zresztą, nieważne. – Machnął ręką i wyciągnął ramię, żeby objąć koleżankę w kolejnym pełnym poczucia winy uścisku.
Przez kilka minut siedzieli w ciszy, aż tętno Lily zaczęło się wreszcie uspokajać. Tak bardzo się przestraszyła, że nie myślała racjonalnie, a jeśli miała być szczera – w ogóle nie myślała. Przecież Krukon nie poinformowałby jej o śmierci Christiana przed niemal całą szkołą, tylko zaprowadziłby ją w jakieś bardziej ustronne miejsce. Mogła się domyślić, że chodziło o coś innego.
Przyłożyła chłodną dłoń do gwałtownie unoszącego się mostka, nieustannie powtarzając sobie w myślach, że z chłopakiem wszystko było w porządku. Zauważyła wtedy, że cały czas ściskała między palcami liścik od Chrisa, dlatego rozwinęła go szybko i podała Willowi.
– Napisał mi coś takiego – powiedziała ze zmarszczonym czołem, biorąc kolejny głęboki oddech. – Nie mam pojęcia, co to może znaczyć...
Will szerokim łukiem zabrał rękę z jej pleców i przechwycił od niej kawałek pergaminu, po czym wyprostował go na ugiętym kolanie. Lily tymczasem przycisnęła się do niego, zaglądając mu przez ramię, i po raz kolejny powiodła wzrokiem po lekko przekrzywionych literach.
– „Nawet najpiękniejsza lilia w końcu więdnie” – przeczytał na głos, a potem zamilkł na dłuższą chwilę i odwrócił wzrok w stronę Zakazanego Lasu.
Najwyraźniej myślał nad jakimś głębszym znaczeniem tej wiadomości, gdyż co jakiś czas marszczył brwi i spoglądał na kartkę, jakby chciał się upewnić w swoich przypuszczeniach, natomiast Lily czekała cierpliwie aż się z nią nimi podzieli. Obserwowała jego wyjątkowo mądre oczy i jasnobrązowe włosy targane mocno przez wiatr, żałując, że sama nie była na tyle inteligentna, żeby zrozumieć słowa własnego chłopaka.
– To brzmi trochę jak... – odezwał się w końcu, ale zawahał się na kilka sekund i zaraz dodał zmieszanym tonem: – Jak zerwanie...
Zerwanie?
Wytrzeszczyła na niego oczy z zaskoczenia, niemal zapominając o swoim wcześniejszym przerażeniu. Tego się zupełnie nie spodziewała.
Chris chciał z nią zerwać? Pokręciła głową, nie dopuściwszy do siebie nawet takiej możliwości. Czuła na tę myśl wyłącznie przepełniającą ją pustkę, mimo że sama w ciągu ostatnich dni wielokrotnie rozważała opcję zakończenia ich związku.
Dlaczego miałby z nią zrywać?
Oblała się gwałtownym rumieńcem zawstydzenia, kiedy przyszło jej do głowy, że może jakimś cudem dowiedział się o Jamesie, ale wtedy domagałby się raczej jakichś wyjaśnień, przeprosin albo zwyczajnego zaprzeczenia...
– Lilia to tutaj metafora waszego uczucia – kontynuował tymczasem Will, wpatrując się w karteczkę, jakby widział na niej o wiele więcej niż te sześć słów, które nie miały dla Lily żadnego sensu. – On taki właśnie jest. Nie napisze niczego wprost, tylko...
– Muszę z nim porozmawiać – przerwała mu dziewczyna, ostrożnie podnosząc się ze schodów wejściowych do zamku i przytrzymując się ściany, żeby utrzymać równowagę. – Coś jest nie tak. Od początku nie odpisuje na moje listy, a teraz nagle ze mną zrywa? – zapytała i nacisnęła na klamkę, aby otworzyć ciężkie wrota.
Will wstał zaraz za nią i pomógł jej z drzwiami, przytrzymując je przed nią łokciem, więc szybkim krokiem weszła do środka i spojrzała w kierunku Wielkiej Sali. Powinna porozmawiać z dyrektorem i poprosić go o możliwość wizyty w Mungu. Tak, to był najlepszy pomysł. W ostateczności zawsze mogła wymknąć się do Hogsmeade i stamtąd teleportować. Właściwie nic jej nie ograniczało...
– Poczekaj – powstrzymał ją jednak chłopak, chwytając mocno jej przedramię. – Przecież na pewno wiesz, o co mu chodzi.
Popatrzył na nią znacząco, lecz Lily potrząsnęła jedynie głową z niezrozumieniem. Czyżby w zachowaniu Chrisa był jakiś ukryty przekaz, którego nie dostrzegała? Johnson tymczasem podrapał się po policzku i najwyraźniej nie zauważył jej dezorientacji, bo kontynuował cichym głosem, ciągnąc dziewczynę na bok, aby nie usłyszeli go ludzie wychodzący właśnie z obiadu.
– Poza tym na razie nie wpuszczają do niego nikogo oprócz najbliższej rodziny. Gdyby każdy mógł tam wejść, odwiedzalibyśmy go co weekend – zauważył sensownie. – Mogłabyś najwyżej porozmawiać z jego mamą, ale i tak powiedziałaby ci to, co sama już wiesz...
Evans objęła się ramionami, kiedy nagle dał się jej we znaki wcześniejszy chłód, którego pod wpływem emocji nie odczuwała. Wepchnęła dłonie w rękawy bluzy, a potem spojrzała na Willa z wyczekiwaniem na jakieś wyjaśnienia. Tak się bowiem składało, że nie wiedziała właściwie nic, a chłopak najwyraźniej tego nie dostrzegał. Traktował ją tak, jakby też była Krukonką i rozumiała wszystko w ten sam sposób, co on, mimo że już dawno powinien był zauważyć, że nie nadążała za jego tokiem myślenia.
– To, co sama wiem, czyli co? – zapytała powoli, powtarzając jego słowa.
Chyba dopiero wtedy zorientował się, że Lily nie miała pojęcia, o czym mówił, bo potarł dłonią po żuchwie i otworzył usta, ale zaraz je zamknął, jakby się rozmyślił. Gdyby był taki jak Natt, powiedziałby teraz coś w stylu „Wydawało mi się, że jesteś mądrzejsza”, a Evans nawet by się z tym nie sprzeczała, ponieważ byłaby zmuszona przyznać mu rację.
– Posłuchaj... Chris zachowuje się tak tylko dlatego, że nie chce cię ograniczać – wyjaśnił cierpliwie, pochylając się w jej stronę. – Zerwał z tobą, żebyś nie czuła się winna i nie miała wyrzutów sumienia... I nie oszukujmy się. Widzę, że... – Wziął głębszy oddech, a potem spojrzał jej w oczy przepraszająco. – Wybacz, ale widzę, że jest ci to nawet na rękę...
Wyglądał na zmieszanego tym odkryciem, ponieważ spuścił wzrok na swoje buty i położył dłoń na karku, jednak Lily poczuła się tak, jakby uderzył pięścią w sam czubek jej głowy. Gapiła się na Krukona przez kilka niekończących się sekund, mrugając zdecydowanie szybciej niż zazwyczaj i nie mogąc uwierzyć w to, że powiedział coś takiego.
Coś tak okrutnego. Coś tak smutnego.
Coś tak... prawdziwego.
Zagryzła trzęsące się wargi, pragnąc jedynie zapaść się pod ziemię ze wstydu przed Willem. Nie chciała nawet myśleć o tym, jak bardzo musiał nią w tej chwili gardzić. Dopiero teraz dotarło do niej, że niedopuszczanie do własnej świadomości całej tej skomplikowanej relacji z Jamesem wcale nie oznaczało, że inni jej nie dostrzegali.
Chłopak najwidoczniej domyślił się wszystkiego. Całkiem możliwe, że nawet szybciej niż ona sama. A teraz na dodatek uświadomił jej coś jeszcze, czego wcześniej nie brała nawet pod uwagę – zerwanie z Chrisem faktycznie było jej na rękę, chociaż brzmiało to okropnie i nigdy w życiu by się do czegoś takiego nie przyznała.
– To wszystko jest koszmarnie pogmatwane – jęknęła bezradnie, zaciskając dłonie w pięści. – Chciałabym móc z nim porozmawiać...
Była pewna, że Johnson zauważył brak zaprzeczenia odnośnie jego słów, jednak nie skomentował tego w żaden sposób. Po prostu nie mogła im zaprzeczyć, tak samo jak potwierdzić ich prawdziwości, a chłopak doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
– Rozumiem – przyznał więc tylko, po czym, ku jej olbrzymiemu zaskoczeniu, wyciągnął ramiona, aby ją objąć. – Na pewno niedługo będziesz miała taką możliwość i wtedy wszystko na spokojnie mu wyjaśnisz. Chociaż myślę, że on to wie i mimo tego podjął już decyzję... Chyba musimy ją po prostu... uszanować? – bardziej zapytał, niż stwierdził, jakby nie był przekonany, czy postępuje słusznie wobec najlepszego przyjaciela.
Evans zmarszczyła brwi, wpatrując się niepewnie w jego otwarte ręce, a potem zrobiła jeden długi krok w kierunku chłopaka i mocno przytuliła się do jego klatki piersiowej, zamykając oczy i oddychając głośno z ulgą. Wydawało jej się wcześniej, że ją odtrąci, kiedy uświadomi sobie, że wcale nie kochała Chrisa, ale najwyraźniej przez te ostatnie tygodnie zdążyli się zaprzyjaźnić. Will w tym momencie dawał jej jasny komunikat pod tytułem „Nieważne, jak się zachowasz, nadal możesz na mnie liczyć” i była mu za to ogromnie wdzięczna.
Stali tak przez chwilę, której Lily nie potrafiłaby określić miarą czasu, aż w końcu wyczuła coś dziwnego w dłoniach spoczywających na jej plecach. Dotarło do niej wtedy, że Will przytulał ją w taki sposób, jakby to on tego potrzebował, dlatego wciągnęła gwałtownie powietrze przez usta i szybko odsunęła się do tyłu.
– O czym mówiłeś wtedy w Wielkiej Sali? – zapytała z zaniepokojeniem, wściekła na siebie, że dopiero teraz sobie o tym przypomniała. – Co złego się stało?
Wcześniej była na tyle pochłonięta sprawą Chrisa, że kompletnie zapomniała o przyczynie, która doprowadziła do tego wielkiego nieporozumienia między nią a Willem.
Myślałem, że chodziło ci o mnie, powiedział kilkanaście minut temu, tłumacząc się pospiesznie, a ona niemal zignorowała te słowa, skupiając się wyłącznie na informacji, że z Christianem wszystko w porządku.
– To chyba nic takiego – odparł w tej chwili chłopak, chociaż nie wyglądał na do końca przekonanego. – Po prostu rano miałem się spotkać z Aileen i Julie w Pokoju Życzeń, ale kiedy przyszedłem, nikogo tam nie było – wyjaśnił, przejeżdżając dłonią po włosach. – Szukałem już prawie w całej szkole i zaczynam się trochę martwić, bo w końcu gdzie mogłyby pójść? Tym bardziej, że Julie w ogóle nie chciała stamtąd wychodzić...
Jeszcze zanim skończył mówić, Evans chwyciła go za rękaw bluzy i pociągnęła w stronę schodów, ciesząc się, że przynajmniej w tej jednej sprawie od razu wiedziała, co należało zrobić. Właśnie nadarzyła się okazja, aby choć na chwilę wyrzucić z głowy cały ten rozgardiasz, systematycznie wywoływany przez Jamesa oraz Chrisa, dlatego skierowała się do wieży Gryfonów, w międzyczasie zapewniając Willa, że pomoże mu w odnalezieniu siostry i jej przyjaciółki. W końcu mając do dyspozycji mapę zamku, która pokazywała każdego ucznia i nauczyciela, nie powinni napotkać przy tym żadnych kłopotów.
A przynajmniej tak jej się wtedy wydawało.
***
Natt siedziała właśnie na ławce w starej klasie od wróżbiarstwa, która była już standardowym miejscem jej codziennych szlabanów. W tej chwili wciągnęła nogi na blat i ugięła je w kolanach, ściskając w dłoniach szklaną kulę do przewidywania przyszłości.
– Trudno uwierzyć, że sprzątasz tutaj od dwóch miesięcy. – Usłyszała za sobą, przez co zaśmiała się głośno i odwróciła przez ramię. – Dwóch miesięcy – powtórzył z naciskiem, przejeżdżając palcem po stole i zostawiając tym samym zygzakowaty kształt w warstwie kurzu.
– Gdybym miała różdżkę, poszłoby o wiele szybciej – zauważyła niewinnie, a on uśmiechnął się z rozbawieniem.
Lubiła, kiedy uśmiechał się w ten sposób – jakby zachowanie dziewczyny go śmieszyło, ale nie chciał dać tego po sobie poznać. Przeważnie próbował udawać poważnego, aby nie wyszło na jaw, że mieli podobne poczucie humoru, chociaż Natalie wiedziała o tym już od dawna.
– Wtedy to nie byłyby szlabany – powiedział rozsądnie, na co wzruszyła jedynie ramionami. – Gdybyś nie zrywała się z niemal każdego z nich, też poszłoby o wiele szybciej.
Tutaj akurat miał rację, jednak Natt wydęła wargi i spojrzała na szklaną kulę, którą w tym momencie oparła na kostce oraz kawałku buta. Przejechała po niej palcami jak prawdziwa wróżbitka, a potem podniosła wzrok, uśmiechając się jeszcze szerzej.
– Magiczna kula mówi mi, że nie ucieknę już z żadnego szlabanu – przyznała eterycznym głosem i machnęła dłońmi w powietrzu, jakby owijała się szalem. – Bo nie chcę ich odrabiać w wakacje – dodała już normalnym tonem, jednak posłała mu spojrzenie, oznaczające coś innego, a on zrozumiał ją doskonale, ponieważ ze zmieszaniem podrapał się po nosie i szybko odwrócił wzrok.
Za każdym razem wyłapywał te delikatne próby flirtu z jej strony, co mogło świadczyć o tym, że albo była w tym wyjątkowo dobra, albo po prostu chciał je zauważyć. Mimo wszystko Natalie skłaniała się ku drugiej opcji i często droczyła się z nim z tego powodu, lecz teraz to on zabrał głos jako pierwszy, prawdopodobnie po to, żeby udaremnić jej jakiś złośliwy komentarz.
– Uwierz mi, że też nie chcę ich odrabiać w wakacje – odparł, a ona zamarła na chwilę i uchyliła usta ze zdziwienia.
Mogła to zinterpretować na dwa zupełnie różne sposoby. Nie zamierzał męczyć się w jej towarzystwie po zakończeniu przez nią szkoły lub powiedział to w tym samym znaczeniu, co ona wcześniej, czyli cieszył się perspektywą wspólnie spędzonych szlabanów. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czy warto było podejmować tę niewidzialną rękawicę...
Spojrzała na jego dłonie, którymi w tej chwili rysował jakieś szlaczki w kurzu tuż obok jej kolan. Korciło ją do tego, aby pochylić się i przypadkiem oprzeć tak, żeby spleść jego palce ze swoimi, jednak nie chciała wykonywać pierwszego ruchu, dlatego mocniej zacisnęła ręce na kryształowej kuli.
Przez kilkanaście sekund w sali panowała cisza, aż w końcu Natt westchnęła ciężko, próbując tym samym zmusić go do odezwania się i zaproponowania jakiegoś tematu. W odpowiedzi uśmiechnął się kącikiem ust i pokręcił głową, a ona odgarnęła włosy do tyłu, notując sobie w myślach, że jego wzrok zatrzymał się na jej odsłoniętej szyi dłużej, niż powinien.
– Czasem wydaje mi się, że codziennie ktoś tu przychodzi i wyczarowuje dodatkowe dwa cale kurzu – pożaliła się całkiem szczerze. – Przysięgam, że w piątek wycierałam tamtą półkę, a teraz wygląda, jakby nikt jej nie dotykał przez ostatnie pięćdziesiąt lat. – Przy tych słowach wskazała palcem na najbliższą szafkę.
Nie zdziwiłaby się, gdyby w tej chwili przyznał się, że to on był za to odpowiedzialny, ale doczekała się jedynie cichego parsknięcia śmiechem z jego strony.
– Może ktoś cię po prostu nie lubi? – podsunął żartobliwie, z powrotem spuszczając wzrok na stół i ciemne bohomazy, które wychodziły spod jego palców.
– To pewnie Will...
Powiedziała tak tylko dlatego, żeby zaobserwować reakcję na imię jej byłego chłopaka, jednak nawet nie podniósł na nią oczu, jakby nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Nerwowo stuknęła palcem w łydkę, zastanawiając się, czy zwyczajnie się przed nim nie błaźniła. Może wyobraziła sobie te subtelne sygnały z jego strony? Może wcale nie był nią zainteresowany?
Przełknęła powoli ślinę i wpatrzyła się w kłęby dymu wypełniające szklaną kulę.
– Albo Julie – dodała, wzruszając ramionami. – Przemyślałam wszystko na spokojnie i muszę z nią chyba porozmawiać. Lils ma rację. Skoro nie chodzę już z Willem i nic do niego nie czuję... – Zrobiła krótką przerwę, a kiedy ponownie nie dostrzegła żadnej reakcji, z rezygnacją przycisnęła palec do miejsca, w którym zostało jeszcze sporo kurzu, i zaczęła bezwiednie przesuwać dłoń wzdłuż nóg, aby odrysować na stole swój kontur. – Przynajmniej Julie może być z nim szczęśliwa. Właściwie to mi jej szkoda, bo nie wróciła do dormitorium od wtorku... Na pewno się mnie boi. To smutne, że tak jest... – paplała niemal bez oddechu.
Wiedziała od Lily, że dziewczyna ukrywała się w Pokoju Życzeń i nie ruszała się stamtąd ani na krok, co oznaczało, że była naprawdę załamana. Natt mogła się jedynie cieszyć, że nie miała okazji, aby na nią nawrzeszczeć, ponieważ w tej chwili dręczyłyby ją z tego powodu wyrzuty sumienia.
Kiedy we wtorek usłyszała treść wyjca wysłanego do Julie, z początku nie potrafiła w to uwierzyć. Spojrzała wtedy na Willa, który wyglądał, jakby ktoś strzelił go pałką do quidditcha prosto w twarz. Ich wzrok spotkał się na jeden krótki moment w porozumiewawczym komunikacie, a potem Lily szturchnęła ją w ramię, przerywając tę chwilę. Natalie zdążyła jednak wychwycić z jego oczu nieme przeprosiny, które przyjęła dopiero po kilku dniach, gdy już wystarczająco ochłonęła.
Doszła do wniosku, że nie powinna złościć się ani na Willa, ani na Julie. Johnson nie zdawał sobie nawet sprawy z całego zajścia, a poza tym Natalie sama z nim zerwała, więc ten sylwestrowy pocałunek absolutnie niczego nie zmienił. Wprawdzie było jej przykro, kiedy się o nim dowiedziała, głównie z powodu tego, że czuła się oszukana przez koleżankę z dormitorium, ale po pewnym czasie spojrzała na to z dystansem.
Pierwszy zgrzyt między nią a Willem pojawił się już w czasie świąt, ponieważ dziewczyna miała więcej czasu, aby dokładnie przeanalizować ich relację. Zorientowała się wtedy, że zupełnie do siebie nie pasowali. Lubiła go, nawet bardzo, lecz nie czuła do niego nic prócz zwykłej sympatii. Zauroczenie, które zajęło jej wszystkie myśli w listopadzie, zaczęło powoli się ulatniać, a ona nie wiedziała, jak to odpowiednio rozegrać, żeby nie skrzywdzić Willa, mocno zaangażowanego w ten związek.
A potem po prostu... spodobał jej się ktoś inny, przez co jej uczucie do Krukona wypaliło się niemal do końca, chociaż próbowała jeszcze dać mu szansę. Przez jakiś czas ignorowała trzepocące motyle w brzuchu i skupiła się na relacji ze swoim chłopakiem, którą miała zamiar odbudować, ale widziała coraz więcej przeszkód. Pierwszą z nich była oczywiście Aileen, czyli materialny dowód na to, że można kogoś nie lubić, mimo że zamieniło się z nim raptem kilka zdań.
Jednak kropką nad „i” okazało się być coś innego. Coś, o czym nie powiedziała nawet Lily, która w ostatnim czasie miała na głowie mnóstwo własnych problemów.
Podczas jednego ze szlabanów Natt otrzymała sygnał, zachęcający do działania. Może niewielki, może źle go zinterpretowała, ale wystarczył, żeby skłonić ją do zerwania z Willem. Musiała się naprawdę namęczyć, by przekonać Evans, że Johnson jej się znudził, że prawie z nią nie rozmawiał, że nie mogła wytrzymać podstępów Aileen. Jednak prawda była inna. Jedyny powód ich zerwania siedział właśnie naprzeciwko niej w starej klasie śmierdzącej kurzem.
Diabelsko przystojny powód z zachwycającymi dołeczkami w diabelskich policzkach...
– To dobrze, że jej wybaczyłaś – powiedział teraz, opierając łokcie na kolanach. – Na pewno musiało ci być ciężko... W końcu to twój chłopak i koleżanka z dormitorium...
Uśmiechnęła się lekko, ale go nie poprawiła, ponieważ widziała, że na to czekał. Ścięgna na jego dłoniach wręcz krzyczały, że chciał usłyszeć od niej te dwa proste słowa. „Były chłopak”.
Milczała przez następne kilkanaście sekund, dlatego odchrząknął cicho i podrapał się po głowie, jakby próbował sobie przypomnieć, o czym mówił.
– Myślisz, że już sobie z tym poradziła? – zapytał, zmieniając gładko temat. – Ten wyjec... To było coś...
– Koszmarnego – weszła mu w słowo ze złością. – Julie jest okropnie skryta i nieśmiała od pierwszej klasy, a ktoś na dodatek zrobił jej teraz takie świństwo. Nie rozumiem, jak podłym trzeba być, żeby ukraść czyjś pamiętnik i wysłać jego fragmenty w wyjcu...
Naprawdę współczuła dziewczynie tego wstydu, którego bez wątpienia musiała się najeść. Natt nawet nie wyobrażała sobie, jak sama zareagowałaby w podobnej sytuacji. Co prawda, byłaby bardziej wyrozumiała, gdyby nie chodziło o pocałunek z Willem, ale i tak w tej chwili jej nastawienie do Julie wyglądało zdecydowanie przychylniej niż jeszcze kilka dni temu.
Wraz z Lily planowały pójść do Pokoju Życzeń, żeby Natalie mogła spokojnie porozmawiać z koleżanką i przekazać jej, że się na nią nie złościła. Distim prawdopodobnie właśnie tego potrzebowała, o czym Evans od wtorku wielokrotnie przypominała przyjaciółce, lecz Natt dała się przekonać dopiero w niedzielę, kiedy wszystkie emocje wreszcie z niej opadły. Doszła wtedy do wniosku, że Julie rzeczywiście bała się wyjść na szkolne korytarze, co wzbudziło w niej falę współczucia. Przecież nie mogła chować się po kątach do zakończenia roku, dlatego Natalie postanowiła pomóc jej zrobić pierwszy krok naprzeciw problemów.
Kiedy Lily usłyszała o pomyśle pogodzenia się ze zdołowaną dziewczyną, szczerze się ucieszyła, ponieważ cały czas bezskutecznie próbowała namówić do tego Natalie. Evans zachowywała się przez chwilę jak małe dziecko, które zobaczyło lizaka – zaczęła podekscytowanym głosem mówić, że pójdą do niej zaraz po obiedzie, że wyciągnie stamtąd Aileen, aby Natt mogła swobodnie porozmawiać z Julie, że wszystko sobie wyjaśnią i wyjdą ramię w ramię z Pokoju Życzeń. W drodze do Wielkiej Sali przewidziała niemal każdy szczegół tej „akcji”.
Oprócz tego, że dostanie bukiet lilii, a potem zniknie gdzieś z Willem na resztę dnia, niwecząc tym samym własne plany.
Natalie mogła oczywiście iść do Pokoju Życzeń bez niej, ale chyba wolałaby odgryźć sobie język, niż poprosić o cokolwiek Aileen, a na pewno musiałaby się do niej przynajmniej odezwać, co było już wystarczającym argumentem poczekania na powrót Lily. Optone nie widziała jej jednak od obiadu i nie miała pojęcia, dokąd poszła.
Nie chciała się do tego przyznać nawet w myślach, lecz czuła lekką irytację z powodu ciągłego zacieśniania się relacji Evans z Johnsonem. To wyglądało tak, jakby Will złośliwie odbierał jej przyjaciółkę, aby się na niej zemścić za to, że z nim zerwała. W końcu wcześniej praktycznie ze sobą nie rozmawiali, a ostatnio spędzali wspólnie coraz więcej czasu, co Lily tłumaczyła chorobą Chrisa.
Natt wiedziała, że nie zachowywała się najmądrzej, lecz nie potrafiła zapobiec rosnącej w niej zazdrości, z którą od zawsze miała problemy. Gdy tylko Evans niespodziewanie zbliżała się do kogoś nowego i stopniowo zaczynała się z nim zaprzyjaźniać, Natalie czuła się... zagrożona. Bała się, że zejdzie na drugi, a nawet trzeci plan. Bała się, że Lily znajdzie sobie lepszą, doskonalszą bratnią duszę, w związku z czym ona zostanie sama jak palec. Bała się też tego, że mogła wcale nie być zazdrosna o przyjaciółkę a o Willa, mimo że wydawało jej się, że już zdołała się od tego odciąć...
Zmarszczyła brwi i podniosła wzrok, aby upewnić się, że jej uczucie do Krukona zdążyło całkowicie wygasnąć. Spojrzała na główną przyczynę całego zamieszania, a kiedy ich oczy się spotkały, Natt uśmiechnęła się pod nosem. Właśnie zgrabnym ruchem miała zakończyć obrysowywanie własnego konturu w kurzu, ale zauważyła, że jego dłonie zbliżyły się niebezpiecznie w pobliże tamtego miejsca, jakby na nią... czekały. Zagryzła policzki od środka i powoli przesunęła nadgarstek aż do czubka swojego lewego buta, po czym oparła przedramię na szklanej kuli, nadal spoczywającej na jej kostce. Palce opuściła na blat w taki sposób, że jej opuszki odcisnęły w kurzu cztery niewielkie ślady, a potem wstrzymała oddech w oczekiwaniu na jego ruch. Jeśli teraz nie wykonałby żadnego gestu w jej kierunku, oznaczałoby to, że się co do niego pomyliła i zdecydowanie wyolbrzymiła niemal niewidoczne sygnały, które jej dawał. Teraz w końcu nadszedł moment prawdy...
Po raz kolejny spojrzała mu w oczy, a on bardzo powoli podrapał się po policzku jedną z zakurzonych dłoni. Drugą natomiast nadal kreślił bohomazy w kurzu, na które już nie patrzył, skupiony na znaczącym wzroku dziewczyny. Na pewno widział, że wstrzymywała oddech, dlatego pochylił się do przodu, przez co po ramionach Natt przebiegł dreszcz. Jak długo zamierzał ją w ten sposób zwodzić? Naprawdę niewiele brakowało, żeby sama przejęła inicjatywę, bo przecież nie mogło stać się nic złego. Gdyby się okazało, że źle zinterpretowała jego zachowanie, w ostateczności po prostu by ją wyśmiał albo na nią nawrzeszczał. Właściwie niczym nie ryzykowała...
Przełknęła ślinę ze zdenerwowaniem, obserwując uważnie jego usta, które w tej chwili były ściągnięte w pełnym powagi wyrazie. Widziała, że nad czymś rozmyślał, może coś analizował, dlatego po wcześniejszym uśmiechu nie zostało żadnego śladu.
Znowu odgarnęła włosy na plecy, ale tylko jedną ręką, ponieważ druga nadal leżała nieruchomo na blacie. Szklana kula niebezpiecznie zadygotała na jej łydce, więc szybko z powrotem zacisnęła na niej palce, aby nie potoczyła się po stole i nie zepsuła tym samym całej atmosfery.
Wtedy wreszcie stało się to, na co tak długo czekała. Najpierw poczuła delikatny dotyk jego dłoni na skórze i ze zdziwienia prawie podskoczyła, ale się nie cofnął. Ostrożnie przejechał opuszkami po jej kostkach, nadal wpatrując się intensywnie w jej oczy, jakby chciał ocenić reakcję dziewczyny. Przez dłuższą chwilę gapiła się na niego, niedowierzając i próbując powstrzymać gęsią skórkę, która pulsowała nawet w czubkach jej palców, a potem kąciki jej ust same uniosły się do góry, jakby ktoś pociągał nimi na sznurku. Uśmiechnęła się tak szczerze, tak zachęcająco, że nie potrzebne były mu już żadne słowa. Złapał mocno jej dłoń i przysunął się bliżej, aż prawie zetknęli się kolanami. Zamknął powoli oczy, oddychając głośno przez nos, a kiedy je otworzył wyglądał jednocześnie na szczęśliwego i przestraszonego własną odwagą.
– Pamiętaj, że nie możemy nikomu o tym powiedzieć, Natt.
Dokładnie tak wyobrażała sobie jego pierwsze słowa, które skierowałby do niej zaraz po jakimś wyjątkowo wyraźnym i jednoznacznym znaku. Żadnych oklepanych wyznań w stylu „Podobasz mi się od dawna”. Żadnych pytań, czy czuła to samo, co on. Zwyczajne: Nie możemy nikomu o tym powiedzieć.
Sekret, tajemnica, coś ekscytującego, coś niebezpiecznego... Właśnie tego w tej chwili potrzebowała.
Pokiwała szybko głową, ściskając mocniej jego silną dłoń i przejeżdżając kciukiem po wystających na niej ścięgnach. Spodziewała się u niego chłodnej, szorstkiej skóry, ale w dotyku okazała się być delikatna i gorąca, co wzięła za dobrą kartę, ponieważ gdyby wszystko wyglądało podobnie do jej wyobrażeń, mogłaby po prostu śnić, a teraz przynajmniej wiedziała, że sobie tego nie wymyśliła.
– Raczej nikogo nie zainteresowałoby zwykłe trzymanie się za ręce – stwierdziła swobodnie, a on uśmiechnął się z rozbawieniem, kiedy zrozumiał, do czego piła.
Puścił jej dłoń i ostrożnie wplótł palce we włosy za jej uszami, co Natalie skwitowała pełnym zadowolenia zmrużeniem powiek. Przez kilka sekund jeszcze się wahał, ale dziewczyna przyciągnęła go do siebie za koszulę, dlatego pochylił niżej głowę i pocałował ją delikatnie, jakby na próbę, po czym odsunął się tak minimalnie, że między ich usta można byłoby wepchnąć jedynie cienką kartkę papieru.
– W porządku, o tym rzeczywiście nie powinniśmy nikomu mówić – przyznała ze śmiechem Natt, oddychając ciężko prosto w jego wargi, które przy każdym słowie muskały jej własne.
Wyciągnęła szyję do przodu, aby pogłębić pocałunek, jednak przytrzymał jej głowę w miejscu.
– Obiecaj, że nikomu nie powiesz – poprosił, przejeżdżając kciukiem po jej skroni. – Nawet Lily. Absolutnie nikomu.
– Obiecuję – wyszeptała w odpowiedzi, po czym przeniosła dłonie na jego kark. – To jasne, że oboje mielibyśmy kłopoty. Nie musisz się martwić, nikt się nie do...
Nie zdążyła dokończyć, ponieważ pocałował ją mocno, przez co pokazał, że miał do niej pełne zaufanie. Wepchnął zakurzone palce jeszcze głębiej w jej włosy, podnosząc je do góry, a ona uśmiechnęła się szeroko z ustami ściśniętymi między jego wargami.
Usłyszała jeszcze głośny stukot szklanej kuli, sunącej po podłodze, lecz zupełnie nie zwróciła na to uwagi. W końcu czuła coś, czego brakowało jej przy Willu. Czuła coś, co zawsze chciała czuć w związku.
Pierwszy raz podczas zwykłego pocałunku poczuła adrenalinę i, do diabła, ogromnie jej się to spodobało...
***
Hej, kochani!
Wreszcie udało mi się napisać ten rozdział, który ma... uwaga, uwaga... 36 stron (!!). Szczerze mówiąc, każdy pojedynczy fragment mógłby być tutaj osobnym rozdziałem, bo mają od 5 do 10 stron, więc...
Działo się tu tak dużo i o tylu rzeczach chcę napisać, że pewnie o większości zapomnę.
Zacznę może standardowo od przeprosin, że tak długo to trwało, ale kompletnie nie miałam czasu, żeby usiąść i coś napisać, przez co ogromnie się za tym stęskniłam. Ogólnie trochę zmęczyło mnie to dojeżdżanie na studia, wstawałam codziennie o szóstej rano, a wracałam o dziewiętnastej, dwudziestej pierwszej, nawet dwudziestej trzeciej, więc naprawdę nie miałam na nic czasu. W pociągu albo się uczyłam, albo kończyłam jakieś programy na zajęcia, które czasem uparcie nie chciały działać. A zaraz potem przyszły kolokwia, z czego trafiły mi się cztery jednego dnia, więc już w ogóle bomba :) No nic, przynajmniej zaliczyłam wszystko w pierwszych terminach i mam w końcu wakacje, dlatego mogłam zabrać się wreszcie za kończenie tego rozdziału.
Hm, ten wierszyk na początku jest w sumie małym spoilerem. Ogólnie wymyśliłam go przypadkiem i długo się zastanawiałam, czy go tutaj dodać, bo wydawał mi się trochę żałosny, ale potem stwierdziłam, że pasuje i że nie wyszedł wcale tak najgorzej, chociaż powstał całkiem spontanicznie w jakąś minutę :D Jest dosyć prosty, ale możliwe, że mogłam zrobić w nim jakiś błąd językowy, którego nie widzę, więc proszę o wyrozumiałość i poprawę, jeśli to zauważycie. W każdym razie pod tym względem wydaje mi się w porządku, a z angielskiego byłam raczej dobra.
Okej, fragment z Peterem ma 9 (słownie: dziewięć) stron! Jestem bardzo ciekawa, jak go odbierzecie. W sumie pod poprzednim rozdziałem nie zauważyłam, żeby pojawiły się jakieś pytania odnośnie tego, kogo Ślizgoni zamierzali porwać, a wydawało mi się, że dałam dość dużą podpowiedź. Może po prostu zapomnieliście o tym napisać, ale jeśli wcześniej Wam to umknęło, to teraz możecie być trochę zaskoczeni takim obrotem spraw :)
Kiedy miałam już dwie strony fragmentu o Remusie, tak bardzo mi się one nie podobały, że po raz pierwszy w życiu usunęłam cały fragment i napisałam go całkowicie od zera. Na pewno wyszedł o niebo lepiej niż jego słaby pierwowzór. Po części wyjaśniło się zachowanie Emily, która jednak nie bez powodu jest taka zimna. Może ktoś z Was się do niej przekona po tym rozdziale? :)
Mamy tu nawet odrobinę Wolfstara, tak tyci tyci, między wierszami, ale jeśli ktoś chce go zauważyć, to z pewnością zauważy.
Tak jak fragmenty z Lily zawsze pisało mi się najłatwiej, tak teraz miałam z nim spory kłopot i przeszedł masę, naprawdę masę, poprawek. Problemy zaczęły się wraz z pojawieniem się Willa – cały czas wydawało mi się, że niewystarczająco opisałam emocje Evans, dlatego jestem ciekawa, jak odbierzecie ten fragment. Zdradziłam nawet, co James dał jej na urodziny, chociaż tego nie planowałam. Ciągle mam kłopot z tym „zbyt idealnym” Jamesem, ale stwierdziłam, że ten prezent to jedna z przyczyn, które mogą doprowadzić do ich późniejszego związku.
Najtrudniej pisało mi się chyba fragment z Natt i czekam na Wasze reakcje w związku z nim. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że będzie tak ciężko pisać o kimś bez użycia jego imienia czy nazwiska, ale jakoś mi się to udało. Wyjaśniłam tu nieco jej powody zerwania z Willem i opisałam sytuację z Julie z jej perspektywy. Pamiętam, że na początku opowiadania większość osób lubiła Natt, ale ostatnio widzę, że Wasza sympatia przeszła na Juls i to jej kibicujecie. Może po tym fragmencie jakoś inaczej spojrzycie na Natalie :)
Co jeszcze? Hm, to chyba wszystko, o czym na tę chwilę nie zapomniałam.
Ok, jednak nie. Zapomniałam o tym, że zmieniłam nick. W sumie wahałam się, czy to robić, bo w końcu minęły już dwa lata i pewnie przyzwyczailiście się do poprzedniego. Właściwie nie zamierzałam nic zmieniać, ale nagle w czasie jazdy pociągiem wpadł mi do głowy... Jeśli ktoś kojarzy mnie z Facebooka, może się domyślić jego etymologii :D
Przepraszam jeszcze za zaległości czytelnicze na Waszych blogach, ale jak już pisałam, nie miałam czasu na nic. Niedługo na pewno wszystko nadrobię, więc możecie się mnie spodziewać.
Pozdrawiam wszystkich gorąco i życzę cudownych wakacji oraz wypoczynku!

Całusy!